Gorsze warunki do rozpoczynania działalności na własną rękę na giełdzie chyba trudno było sobie wyobrazić. TFI Quercus zostało powołane do życia w sierpniu 2007 r., gdy świat finansów już drżał w posadach z powodu kryzysu hipotecznego w
USA i banki centralne rzuciły rynkom na ratunek setki miliardów dolarów. 33-letni Sebastian Buczek razem z trójką wspólników miał wtedy 6 mln zł, aby rozkręcić własne TFI. Inwestorzy kilka miesięcy później dorzucili kolejne osiem milionów. Nazwali TFI Quercus, z łaciny - dąb. Po to, aby kojarzyło się pozytywnie ze stabilnością.
Zanim Buczek zdecydował się iść na swoje, w 1996 r., po krótkiej przygodzie z Bankiem Handlowym, aż na jedenaście lat zakotwiczył w Grupie ING, jednym z największych graczy na rynku finansowym. Skąd pomysł na własny biznes?
- Mieliśmy alternatywę: albo pracować dla dużej instytucji na ciepłej posadce i cieszyć się wszystkimi jej przywilejami, albo założyć własną działalność. Pomyśleliśmy, że mając po trzydzieści kilka lat jesteśmy w pełni sił i kiedyś możemy żałować, że nie spróbowaliśmy się sami w biznesie - mówi Buczek. Szybko przekonał się na własnej skórze, co to ryzyko w prowadzeniu własnego biznesu. - Do lutego 2009 r. wszystko dookoła nas się waliło i paliło, i musieliśmy to wytrzymać - mówi. Jaki jest przepis na sukces TFI w Polsce? Trzeba mieć w zarządzaniu ok. 400 mln zł, aby firma mogła zarabiać. Buczek zakładał, że rocznie będą pozyskiwać średnio 300-500 mln zł. Ale początek był niezwykle trudny, bo w pierwszym roku działalności (marzec 2008 - marzec 2009) pozyskali raptem ok. 100 mln zł. Fortuna się uśmiechnęła, gdy w USA w 2009 r. rozpoczął się masowy dodruk dolarów i giełdy ruszyły w górę. Aktywa Quercusa zaczęły dynamicznie rosnąć. Do końca 2009 r. podskoczyły do 320 mln zł. Ale prawdziwy przełom i skokowe zwiększenie działalności przyniósł dopiero rok 2010. Kilka miesięcy temu aktywa doszły nawet do 2 mld zł, ale wstrząsy związane z kryzysem w
strefie euro zdołowały giełdy w III kwartale i aktywa pod zarządzaniem wróciły do 1,5 mld zł.
- Wszystko robimy oszczędnie. Pracujemy za stawki niższe od rynkowych. Przykładowo moja
pensja miesięcznie brutto to 25 tys. i jest na tle branży niska. A były momenty w kryzysie, że wynagrodzenie schodziło do średniej krajowej, czyli 3 tys. zł.
Sebastian Buczek to w TFI trzy w jednym: akcjonariusz, prezes i zarządzający funduszami. - Nie mam takiego komfortu, że jestem tylko prezesem firmy. Jestem też zarządzającym, przychodzę na siódmą rano do pracy i wykonuję czarną robotę związaną z inwestycjami funduszy.
Do kariery w biznesie ma solidne przygotowanie ekonomiczne: absolwent Szkoły Głównej Handlowej, posiadacz licencji
maklera papierów wartościowych i licencji doradcy inwestycyjnego numer 64. Adiunkt w Katedrze Zarządzania Finansami Przedsiębiorstwa SGH. Doktorat obronił w 2000 r. z obligacji zamiennych. Cztery lata temu habilitował się z efektywności informacyjnej rynków akcji.
We wrześniu 2008 r. TFI Quercus zadebiutował na NewConnect z kursem 68 gr. Po dwu i pół roku spółka przeniosła się na rynek główny
GPW i obecnie cena jej akcji wynosi ok. 1,90 zł. Buczek ma jedną trzecią akcji wartych 45 mln zł.
Czy często ogląda kurs własnej spółki? - Czasem na koniec dnia rzucę okiem, ale staram się na tym nie koncentrować. Wolę zajmować się firmą. Najważniejszy cel to zapewniać klientom jak najwyższe stopy zwrotu, a wzrost firmy jest tego pochodną. Otwarcie mówi o tym, co inni profesjonaliści z rynku często wolą przemilczeć: o szczęściu. - Do sukcesu potrzeba dwóch elementów: trzeba się narobić i mieć szczęście. Muszą iść ze sobą w parze. Własny biznes to ryzyko, ale i satysfakcja, gdy idzie dobrze. Wolny czas poświęca rodzinie, sportowi, dobrej książce i pracy na uczelni.