Sylwia Śmigiel: Ma pani dopiero 25 lat, a już od kilku lat prowadzi własną firmę.
Magdalena Zgutczyńska: Nigdy tego nie planowałam, choć moi rodzice od dawna byli przekonani, że będę pracować na własny interes. Opowiadają, że kiedy tylko zaczęłam chodzić, byłam samodzielna. Przed maturą zaczęłam pracować i wyprowadziłam się z domu.
Dlaczego?
Mam najcudowniejszych rodziców na świecie, ale chciałam się usamodzielnić. Zaczynałam od pracy w fitness clubach. A kiedy zaczęłam studiować dietetykę na Akademii Medycznej, trafiłam na rozmowę w sprawie pracy do osoby, która chciała wprowadzić na polski rynek pomysł podpatrzony w USA - dostarczania diet do domów. Pomysł od razu mi się spodobał. Tylko nie chciałam, żeby to były popularne diety np. 1 tys. czy 1,5 tys. kalorii. Chciałam, żeby były dopasowane do potrzeb danej osoby, czyli do tego, co lubi jeść, a czego nie, czy tempa, w jakim chce schudnąć itd.
Ale po półtora roku chciała pani zrezygnować z pracy.
Wystartowaliśmy w maju 2004 roku. Wtedy to była nowość na rynku. Zajmowałam się wszystkim: przygotowaniem diet, wymyślaniem, jak mają wyglądać opakowania, jak zorganizować dostawy, rozmowami z klientami i nadzorowaniem kucharzy. To był ogrom pracy. Oprócz tego studiowałam i miałam własnych pacjentów. Złożyłam wypowiedzenie.
Nie było pani szkoda firmy?
Jak już podejmę decyzję, to nie ma odwrotu. Wszyscy znajomi byli zaskoczeni. Szef próbował mnie zatrzymać, bo przecież ta firma to było moje dziecko. A ja nie chciała negocjować warunków pracy. Rzuciłam tylko luźną propozycję, że mogę odkupić firmę. Szef się zgodził.
Skąd pani wzięła pieniądze?
Nawet nie miałam zdolności kredytowej. Na szczęście moja mama zgodziła się wziąć kredyt. I tak od października 2007 r. jestem właścicielką firmy.
Ciężko było przekonać Polaków do cateringu dietetycznego?
Już pięć lat temu kobiety były bardzo wyedukowane: czytały o dietach, były zorientowane w tabelach kalorii, nieraz nawet znały je na pamięć.
Po co więc im firma dostarczająca posiłki?
Chodzi o to, że ludziom brakuje czasu na to, by w ciągu dnia przygotować pięć dietetycznych dań. A to zapewnia Arsedo. My za 47 zł dziennie każdego dnia rano dostarczamy te pięć posiłków do pracy lub domu.
Szybko pojawili się pierwsi chętni?
Zaczynaliśmy od ogłaszania się w poradniach dietetycznych, fitness clubach. Tak pojawili się pierwsi klienci. Potem informacje o firmie roznosiły się pocztą pantoflową. Bo najlepszą reklamą jest produkt. Jeśli ktoś widzi, że jedna z naszych klientek schudła, to zaraz pyta, jak jej się udało. Po pół roku mieliśmy 30 stałych klientów w Warszawie.
To nie jest zawrotna liczba.
Ale w ubiegłym roku, kiedy otworzyłam filię firmy we Wrocławiu, już w pierwszym miesiącu miałam 30 klientów. To dlatego, że jako przedsiębiorca uczę się na błędach i zmieniam metody działania. Nauczyłam się, jak ograniczać koszty, zwracam większą uwagę na marketing. Choć każde miasto jest inne. Przykładowo we Wrocławiu ulotki się sprawdzają, a w Warszawie - nie.
Kto zamawia posiłki w Arsedo?
W 2004 roku wyłącznie kobiety, które chciały schudnąć. Głównie dobrze sytuowane, w wieku 30-40 lat. Szybko zaczęli jednak pojawiać się także mężczyźni - głównie mężowie klientek, które same wypróbowały catering dietetyczny. Teraz mam mniej więcej tyle samo klientów co klientek. Czasami też klienci pojawiają się razem. Organizujemy bowiem diety dla narzeczonych. Oczywiście jeśli ktoś się pojawi miesiąc przed ślubem i będzie chciał zrzucić 15 kg - odmówimy. To byłoby niebezpieczne dla zdrowia. Poza tym nie koncentruję się już tylko na przygotowywaniu dań dla osób, które chcą schudnąć. Dostarczamy posiłki także dla dzieci cierpiących na alergie, osób mających problemy z cholesterolem, cukrzycą itp.