Katarzyna Zachariasz: Oddałby pan swoich rodziców do domu opieki? Andrzej Musiałowicz: 30 lat temu musieliśmy oddać jedną z moich ciotecznych babć. Nie było warunków ani finansowych, ani technicznych, żeby została w domu. Kiedy oddawaliśmy ją, była w dobrym zdrowiu fizycznym. W ciągu tygodnia zmarła. Wtedy obiecałem sobie, że nigdy więcej nikt z mojej rodziny nie będzie w domu opieki.
I wtedy narodził się pomysł na firmę? - Razem z kolegą Michałem Kornatowskim, z wykształcenia lekarzem geriatrą, założyliśmy firmę, która oferuje opiekę nad osobami starszymi w ich własnym domu, bo jesteśmy głęboko przekonani, że człowiek, póki może, powinien być w znajomym otoczeniu. Oczywiście czasami dochodzi do sytuacji, kiedy w warunkach domowych nie jest się w stanie zapewnić opieki, ale dopóki można, człowiek powinien być u siebie.
Od pomysłu do stworzenia firmy jest jednak długa droga. - Pierwsze plany robiliśmy 10 lat temu, ale wtedy myśleliśmy o
luksusowym domu opieki. Jednak budowa domu to olbrzymie nakłady finansowe, więc uznaliśmy, że może zacznijmy od opieki dziennej, która wymaga mniejszych pieniędzy. Znaleźliśmy inwestora, dostaliśmy dofinansowanie ze środków europejskich z programu "Innowacyjna gospodarka". Firmę zarejestrowaliśmy we wrześniu 2010 r. Na początku byliśmy tylko we dwóch - ja i kolega. Przez pierwsze miesiące musieliśmy znaleźć personel - księgową, kadrową, koordynatorów. Dopracować program szkoleń. Znaleźć opiekunki. Przeprowadzić szkolenia. Pierwsi pacjenci pojawili się na przełomie listopada i grudnia.
Co jest nietypowego w waszej firmie? - Jest wiele niedużych firm, ale one świadczą tylko jeden rodzaj usług, np. tylko opiekę dzienną albo tylko usługi pielęgniarskie.
My stawiamy na kompleksowość. Podstawą są usługi opiekunki, ale prócz tego możemy zapewnić wizyty pielęgniarki, lekarza, psychologa, a nawet fryzjera, manikiurzystki. Pomagamy przy adaptacji mieszkań do potrzeb osób starszych lub niepełnosprawnych. Załatwiamy drobne naprawy w domu. Mamy też pakiety ochronne - codziennie dzwoni konsultant, żeby sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. Do tego jest teleopieka - pacjent w każdym momencie może jednym przyciskiem wezwać pomoc. Wszystko zależy od potrzeb klienta.
Pielęgniarka, fryzjer, psycholog... skąd wiecie, jakiej pomocy potrzebują osoby starsze? - Moja starsza, schorowana ciocia, która mieszka w Łodzi, bardzo chciała pojechać do sklepu. Któregoś dnia zabrałem ciocię do łódzkiej Manufaktury. Blisko godzinę zajęło nam zejście schodami z
mieszkania do samochodu. 15 minut przejazd. Kolejną godzinę dojście z parkingu do sklepów. Następne pół godziny chodzenie po sklepach. W końcu ciocia kupiła sobie kapcie. Kapcie okazały się do niczego, ale ciocia sama pojechała, zobaczyła Manufakturę i dokonała zakupu. Do dziś to wspomina. Uznaliśmy, że może takie marzenia starszych ludzi warto spełniać. Dlatego wymyśliliśmy pakiet "na wszelki wypadek", w którym można wykupić kilka godzin usług i z odpowiednim wyprzedzeniem wezwać opiekunkę. Z kolei pakiet ochronny to kwestia zapewnienia naszym seniorom - w przypadku gdy nie możemy z różnych powodów zrobić tego osobiście - wizyt opiekunki z wybraną częstotliwością (np. co drugi dzień, kilka razy w miesiącu), która sprawdzi, czy wszystko jest w porządku, czy nie ma żadnego stłuczenia, rany, czy lekarstwa brane są zgodnie z zaleceniami. Zarówno mój komfort będzie większy (bliska osoba ma zapewnioną opiekę), jak i komfort seniora (poczucie bezpieczeństwa).
Kto się do was zgłasza? - Czasami są to osoby, które szukają opiekunki dla siebie, ale też współmałżonkowie, sąsiedzi, dzieci. Mamy pod opieką 109- i 108-latka. Mamy też osoby, których dzieci są w Australii i nie mogą zajmować się rodzicami.
Niedawno zadzwoniła do nas klientka - mówi, że wybiera się na wakacje i chciałaby na ten czas opiekunkę do domu, do mamusi, ale nie wie, czy opiekunka wytrzyma, bo "mamusia jest straszna". Jedna z naszych pielęgniarek jest też psychologiem terapeutą, więc na pewno dogada się z każdą "trudną mamusią".
Trafiają się zaskakujące zlecenia? - Staramy się cały czas poszerzać bazę, bo nasi klienci mają różne życzenia. Kiedyś mieliśmy panią, która szukała opiekunki do męża, ale koniecznie starej i brzydkiej. Ta pani podejrzewała, że jeśli opiekunka będzie młoda, to mąż ją z nią zdradzi. Inni z kolei chcą, żeby opiekunka była młoda i znała języki obce.
Wspomniał pan, że jednym z powodów stworzenia opieki domowej, a nie domu opieki, były niższe koszty. Na ile więc trzeba się nastawiać, zakładając tego typu firmę? - Na setki tysięcy złotych. Największe wydatki to wynajęcie biura i koszty osobowe. W tej chwili nasze opiekunki pracują na umowy-zlecenia, na etatach zatrudniamy siedem osób.
Czasami wydaje się, że to aż siedem osób, a czasami, że tylko siedem osób. Niezbędna jest księgowa, koordynator, ktoś od pozyskiwania i szkolenia opiekunek oraz osoba od spraw kadrowych, która rozliczy dziesiątki umów, z których część jest aktywna, część nie.