Biznes Ludzie Pieniądze

Dariusz Blocher - prezes Budimeksu

Marek Wielgo
27.06.2010 , aktualizacja: 24.06.2010 15:36
A A A Drukuj
Pieniędzmi pachnie w śmieciach
Dariusz Blocher na brak pracy nie narzeka. Budimex realizuje obecnie ponad 100 kontraktów
Filip Klimaszewski
Dariusz Blocher na brak pracy nie narzeka. Budimex realizuje obecnie ponad 100 kontraktów
Czy jedną z największych w Polsce firm budowlanych może kierować człowiek, który niewiele zna się na budownictwie? Tak. A firma ma świetne wyniki!

Ta firma to Budimex, a jej szef to 43-letni Dariusz Blocher. Miły, elokwentny, ale w sprawach zawodowych twardy. Nie przypadkiem to właśnie jemu hiszpański właściciel Budimeksu - Ferrovial - powierzył w 2002 r. misję przekształcenia "socjalistycznego" kolosa w prężną i nowoczesną firmę.

Mimo kryzysu grupa Budimex ma w portfelu rekordową w swojej historii liczbę kontraktów (tylko tych największych, o wartości co najmniej 1 mln zł, jest ok. 100, a jest jeszcze wiele drobnych) o łącznej wartości blisko 8 mld zł. W 2009 r. zysk brutto ze sprzedaży wzrósł o ponad 6 proc. (do ok. 412,6 mln zł), a jej rentowność brutto - z 11,86 proc. do 12,54 proc.

Strategia firmy pod rządami Blochera? - Unikamy zbyt ryzykownych przedsięwzięć i podążamy za pieniędzmi - mawia. Obecnie są przede wszystkim w drogownictwie. Za chwilę pojawią się także w energetyce, więc Budimex już zbroi się do walki o kontrakty. Następnym krokiem ma być dywersyfikacja działalności, bo według Blochera okres prosperity w budownictwie skończy się za 5-7 lat. Gdzie pachnie dużymi pieniędzmi? W... śmieciach.

Zanim Budimex zaczął osiągać dobre wyniki, przez siedem lat się restrukturyzował, m.in. łącząc spółki wchodzące w skład grupy i przechodząc na generalne wykonawstwo. Oznacza to zlecanie robót podwykonawcom, więc Budimex redukował załogę. Część budowlańców była zatrudniona na czas trwania kontraktów, więc odchodzili po ich zakończeniu. Część odeszła wraz ze sprzedanymi w ramach restrukturyzacji spółkami. W ten sposób zatrudnienie w Budimeksie spadło z ok. 10 tys. do 3,8 tys. osób.

Blocher, który pełnił wtedy funkcję członka zarządu i dyrektora ds. zarządzania kadrami, przyznaje dziś z dumą, że koszty tej operacji były niewielkie, nie towarzyszyły jej żadne strajki, a firma wskazywana jest obecnie jako jeden z najlepszych pracodawców w Polsce.

Przy okazji Blocher radykalnie odmłodził firmę - średnia wieku pracowników spadła w krótkim czasie z 47 do 37 lat. A ponieważ każdego przyjmował do pracy osobiście, udało mu się stworzyć w firmie grupę lojalnych ludzi. A ta lojalność była mu bardzo potrzebna, gdyż nie wszystkim podobały się nowe porządki. - Byłem postrzegany jako człowiek Hiszpanów - opowiada Blocher. W dodatku przyszedł do Budimeksu z... Pepsi Co, a więc firmy, która z budownictwem nie ma nic wspólnego.

Ale 18 lat temu Blocher zaczynał nie od Pepsi Co, tylko od projektowania kotłów energetycznych, czym zajmował się przez rok po studiach na wydziale mechaniki i budowy maszyn Politechniki Częstochowskiej. Zarobki były tak marne ("pensja sprzątaczki była większa" - wspomina), że zdecydował się przenieść do firmy dystrybucyjnej na Śląsku, w której spędził kolejne dwa lata, zwiększając jej obroty dziesięciokrotnie. Dostrzegła go firma headhunterska poszukująca specjalistów dla Pepsi Co. W 2004 r. Blocher dostał zaproszenie do Warszawy na rozmowę kwalifikacyjną. - Nie znałem wówczas angielskiego, więc kiedy wróciłem do domu i żona zapytała mnie, jaką zaproponowano mi funkcję, nie umiałem powtórzyć jej nazwy - wspomina Blocher. I dodaje, że Pepsi Co było dla niego prawdziwą szkołą życia. Praca nawet od 5 do 21, a jeśli trzeba, to i dłużej. Ciągłe szkolenia (język angielski, narzędzia sprzedaży, organizacja pracy, zarządzanie ludźmi). Po półtora roku zespołowi, którym kierował Blocher, udało się zwiększyć udziały Pepsi Co na południu Polski, gdzie królowała Coca Cola, z ok. 4 do 24 proc.

Na awans nie musiał długo czekać. Pepsi Co zaproponowało mu zarządzanie zasobami ludzkimi. Został nawet najlepszym dyrektorem w Europie Środkowo-Wschodniej. Ale na początku obecnej dekady w koncernie nastąpiły zmiany organizacyjne, których Blocher nie zaakceptował. Postanowił więc odejść.

Wtedy akurat Budimex szukał specjalisty od kadr. - Zapamiętałem pierwsze spotkanie z prezesem Markiem Michałowskim, bo trwało może ze trzy minuty. Zapytał mnie, czy może zapytać znajomego w Pepsi Co o referencje - mówi Blocher. Firma postanowiła go zatrudnić, ale wtedy jego naszły wątpliwości. Przekonali go jednak Hiszpanie, którym zależało, by kupiona przez nich spółka nie tylko dobrze budowała, ale jeszcze dobrze na tym zarabiała. - Jestem bardzo zadowolony z podjętej decyzji - mówi dziś Blocher. I zdradza, że niemal od samego początku przyświecał mu jeden cel: kierowanie nią.

Jednak zanim we wrześniu 2009 r. przejął władzę z rąk wieloletniego prezesa Marka Michałowskiego, przez dwa lata kierował Budimeksem Dromeksem, firmą generalnego wykonawstwa, której Budimex był właścicielem (spółki połączono w listopadzie 2009 r.). Choć Blocher przyznaje, że o technice budowania wciąż ma mgliste pojęcie, to z budowania potrafił uczynić maszynkę do zarabiania pieniędzy.

Dobrze poukładał nie tylko firmę, ale także życie prywatne: żonę poznał jeszcze w liceum w Dąbrowie Górniczej, a ożenił się na czwartym roku studiów. Żona jest w zarządzie dużej firmy kosmetycznej. 19-letni syn studiuje prawo na Uniwersytecie Warszawskim (średnia 5 po pierwszym semestrze). Mieszkają w domu w Konstancinie pod Warszawą. Tylko czasu mają dla siebie niewiele. Blocher jest w firmie już o godz. 7, a opuszcza ją po 19. Dla rodziny zarezerwowane są jednak weekendy. Blocher uwielbia przejażdżki rowerowe. Chętnie jeździ też na nartach i gra w tenisa. A w golfa? Twierdzi, że jeszcze nie próbował. Nie załatwia też interesów przy cygarze czy szklance whisky. - Jestem tylko najemnikiem zajmującym się detalicznymi sprawami - mówi.

W wolnych chwilach czyta gazety, ale papierowe, nie w internecie. Blocher jest też miłośnikiem szybkich samochodów. Jeździ służbowym lexusem RX 450H, ale jego marzeniem jest Aston Martin. - Takiego samochodu to pewnie nie kupię sobie nigdy w życiu - wzdycha. I opowiada, jak trzy lata temu na wakacjach w Cannes chciał wypożyczyć na jeden dzień Ferrari. - Miałem przygotowane 500 euro, ale okazało się, że musiałbym wydać pięć razy więcej. Uznaliśmy z żoną, że to jednak szaleństwo.

Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    1 głos

Zamawiający pod lupą, czyli kontrola Prezesa UZP

W sytuacji gdy niemożliwe jest odwołanie się do KIO, skutecznym środkiem jest złożenie wniosku do Prezesa Urzędu Zamówień Publicznych o przeprowadzenie kontroli przetargu.