Owsianka na kucharza wyuczył się w Zespole Szkół Ekonomicznych w Dąbrowie Górniczej. Potem został szefem kuchni w restauracji, jednocześnie bawił się w gotowanie dla znajomych i rodziny. Urządzał im imieniny, urodziny i inne przyjęcia. Firmę cateringową założył 14 lat temu, kiedy stracił pracę w restauracji. W Urzędzie Miasta w Czeladzi zarejestrował działalność: organizacja przyjęć okolicznościowych u klienta, siedziba firmy: prywatne mieszkanie. Potem zamówił u krawcowej obrusy i kupił zastawę.
- Na początek wystarczy taka na sto osób, chociaż w 2008 roku mam wesele na 140, więc zastawy musi być dwa razy tyle, na wymianę - tłumaczy pan Grzegorz.
Organizuje przyjęcia na terenie całego Śląska. Te mniejsze (np. chrzciny, komunie) najczęściej w domach klientów, wesela w lokalach, które wynajmują państwo młodzi. - A jeśli trzeba, to sam szukam ładnej sali, żeby podpowiedzieć coś klientowi - zaznacza.
Pierwsze wesele robił dla ludzi, którzy znaleźli go przez ogłoszenie. Na 100 osób, w sali wynajętej w przedszkolu. Z czasem firma zaczęła się w weselach specjalizować. Raczej nie robi imprez mniejszych niż na 15 osób. Chyba że klient sam kupi jedzenie, a pan Grzegorz przyjedzie do niego do domu i wszystko ugotuje.
Mamy nie chcą siedzieć w kuchni
Jego zdaniem ludzie przekonali się do firm cateringowych i coraz częściej wynajmują je na imprezy.
Owsianka: - Kiedy szedłem do komunii, to moja mama i babcia miały na głowie całą uroczystość. Wszystko same ugotowały i podały. Teraz jest inaczej. Kobiety nie chcą spędzać uroczystości w kuchni. I słusznie.
Nie ma gotowych zestawów dań, jest otwarty na propozycje i życzenia, ale zauważył, że ludzie wolą potrawy tradycyjne. Czasami, ale raczej rzadko, proszą o owoce morza. - Raz państwo młodzi zażyczyli sobie na obiad kotlety mielone. Chciałem zrobić trochę inne, faszerowane żółtym serem, ale nie, musiały być tradycyjne. A na kolację golonkę. W trzech garnkach gotowałem tę golonkę, a na weselach każdy palnik jest na wagę złota - śmieje się pan Grzegorz.
Jak na firmę z prawdziwego zdarzenia przystało, ma też promocje.
Przy weselu na 70 osób daje tort weselny albo wyżywienie całej orkiestry gratis. Jeśli będzie 50 osób, to państwo młodzi mogą za darmo uczesać się w salonie fryzjerskim.
Restauracje nie są dla niego konkurencją. Tam wesela organizują ci, których stać na zapłacenie 150 zł od osoby. U pana Grzegorza płacą za jednego gościa ok. 85 zł. - W porównaniu z restauracją przy weselu na 100 osób jestem tańszy nawet o blisko 30 proc. Miałem kiedyś klienta, który wolał stracić zaliczkę w lokalu, bo wybierając mnie, zaoszczędził aż 4 tys. zł - wyjaśnia Owsianka.
Sałatkę robimy od nowa
Ostatnio do pana Grzegorza zaczęli się zgłaszać ludzie również spoza Śląska. - Dzwonił pan z Pomorza, który znalazł moją ofertę w internecie. Albo Ślązak, który mieszka w Niemczech. Chce, żebyśmy zrobili mu wesele na 100 osób, bo nawet jeśli opłaci nam dodatkowo przejazd i nocleg, to i tak wyjdzie mu taniej niż wynajęcie restauracji na miejscu. Poza tym chce mieć dużo dobrego śląskiego jedzenia, a ponoć nikt tam nie potrafi zrobić porządnych rolad - opowiada pan Grzegorz.
Im dłużej prowadzi firmę, tym bardziej denerwuje się przed każdym przyjęciem. Już miesiąc wcześniej martwi się, żeby wszystko było idealnie. Jeśli coś nie wyjdzie jak trzeba, za nic nie poda tego na stół. Dlatego ostatnio 12 kg sałatki jarzynowej wylądowało w koszu. - Wsiadłem w samochód i pojechałem kupić warzywa. Trzeba było sałatkę zrobić od początku - wspomina.
Jak założyć taką firmę?
Ile trzeba zainwestować?
W firmę cateringową trzeba zainwestować ok. 12 tys. zł (bez lokalu). Na początek, bo ciągle trzeba w nią inwestować (np. kupować zastawę, sprzęt, elementy dekoracyjne).
Standardowe wesele kosztuje u pana Grzegorza ok. 85 zł od osoby. Żeby je przygotować, zatrudnia na umowę-zlecenie: pomoc kuchenną, której płaci ok. 200 zł, kelnerów (ok. 150 zł za wesele i 100 zł za poprawiny), osobę odpowiedzialną za przygotowanie i wydanie obiadu (300-400 zł). Liczba zatrudnianych osób zależy od wielkości wesela.
Reklama
Jest bardzo ważna, ale zdaniem pana Grzegorza żadna nie jest tak skuteczna jak ta przekazywana pocztą pantoflową.
Owsianka: - Dlatego do imprezy trzeba czasami dołożyć. Bo zdarzają się ludzie, którzy chcą robić przyjęcie po kosztach i na przykład nie chcą kwiatów na stołach. To ja już wolę zapłacić za te kwiaty z własnej kieszeni, ale mieć gwarancję, że będzie efekt. Bo jak goście zobaczą stół bez kwiatów, to pomyślą, że to ja chciałem przyoszczędzić.
Na początku pan Grzegorz dawał ogłoszenia do prasy, ale kiedy pytał klientów, jak do niego trafili, zawsze słyszał, że znaleźli go w internecie albo ktoś go im polecił. Na www.wesela.czeladz.pl można znaleźć całą ofertę firmy pana Grzegorza.f
Konkurencja
W samej Czeladzi nie ma zbyt dużej konkurencji. - Są może cztery albo pięć firm prowadzących podobną działalność. Za to na całym Śląsku jest ich już kilkaset - opowiada kucharz.
Marzenia
Własny lokal. - Gdybym miał ładną salę z porządną kuchnią, to skończyłaby się ta gonitwa. Ale to nie takie proste. Po pierwsze, lokal kosztuje, a po drugie, żeby sprostać wymaganiom Unii Europejskiej, najlepiej byłoby go wybudować od podstaw. Wystarczy, że kuchnia będzie za niska, i już jej sanepid nie odbierze - tłumaczy pan Grzegorz.