Był 2000 rok, Wójcik jeszcze studiował. Brakowało mu pieniędzy na wszystkie potrzebne wydatki i dlatego postanowił otworzyć sklep z używanym sprzętem do windsurfingu.
Wcześniej startował przez kilka lat w zawodach windsurfingowych, więc dobrze znał branżę.
W interes zainwestował osiem tysięcy złotych oszczędności i kolejne osiem tysięcy kredytu studenckiego. Opłatami i obowiązkami podzielił się z przyjacielem Tomaszem Koczergo.
Siedem lat temu w Polsce praktycznie nikt nie sprzedawał podobnego używanego sprzętu, a Wójcik miał sporo własnych desek, żagli i innych gadżetów, których już nie używał. Większość asortymentu sklepu na początku stanowił więc jego sprzęt, pozostałą część wziął od znajomych w komis lub odkupił za symboliczną kwotę.
Biznes przyjaciele otworzyli na półwyspie helskim. Za kilkaset złotych miesięcznie wydzierżawili we Władysławowie kawałek trawnika, na którym postawili prowizoryczną budkę. Wiele się do niej nie zmieściło, więc część sprzętu po prostu leżała na trawie.
- Miał to być biznes typowo sezonowy, więc nie było sensu budować czegoś okazałego - wspomina Wójcik.
Obok budki postawili namiot, w którym w nocy na zmianę spali i pilnowali interesu. Zainwestowali też w pierwszego pomocnika - psa. Owczarek kaukaski Nadia do dziś im towarzyszy.
Na początku biznes był bardzo opłacalny, ale zaczęło przybywać konkurencji (obecnie na półwyspie helskim jest już ponad 50 sklepów ze sprzętem do surfowania).
Dlatego postanowili rozszerzyć działalność.
Oprócz sprzętu sportowego we Władysławowie mają dziś także wypożyczalnie rowerów i gokartów w Gdyni (na Skwerze Kościuszki) i Sopocie (przy Hotelu Chińskim). Należy do nich 40 rowerów i 17 gokartów. Rowery wypożyczają za 8 zł za godzinę, 40 zł za dzień lub 160 zł za tydzień. Gokarty już od 7 zł za 30 minut. To dość drogo. Konkurencja jest tańsza. Mimo to w słoneczne dni jeżdżą wszystkie gokarty i większość rowerów.
- Staramy się mieć najlepszy sprzęt. Rower można kupić za 300 zł, ale zainwestowaliśmy w takie po 1,5 tys. zł: z aluminiowymi ramami i amortyzatorami. Poza tym staramy się wymieniać je co dwa lata. A to kosztuje - podkreśla Wójcik.
W cenę wliczone jest także ryzyko kradzieży roweru.
Aby je wypożyczyć, trzeba zostawić dowód osobisty lub zapłacić 450 zł kaucji, złodzieje mają jednak często skradzione lub podrobione dokumenty.
Mimo że każdy egzemplarz ma numer seryjny, nikt nie chce biznesmenom ubezpieczyć rowerów.
- Zawsze kradzież zgłaszamy policji, ale jakoś jeszcze żadnego nie udało się odzyskać... - rozkłada ręce Wójcik.
Największym wrogiem młodych biznesmenów jest deszcz. Jeśli mocno pada, czasami nawet nie otwierają punktów.
- Prognozy pogody wieczorami nie oglądamy, bo i tak się nie sprawdza, ale jak od rana leje, to nie otwieramy wypożyczalni, bo nawet jeśli przestanie, to i tak nikt nie będzie chciał jeździć po kałużach - wyjaśnia Wójcik, który cały czas rozwija firmę.
Dlatego razem z przyjacielem otworzył też wypożyczalnię sprzętu narciarskiego pod Łysą Górą w Sopocie (jedyny stok, gdzie w Trójmieście można zjeżdżać na nartach)