Sylwia Śmigiel: Dlaczego produkuje pan akurat autobusy?
Krzysztof Olszewski: Od dziecka interesowały mnie samochody. Jako kierunek studiów wybrałem budowę maszyn. Myślałem jednak, że będę zajmować się samochodami osobowymi.
W grudniu 1981 roku byłem w Berlinie na wyjeździe biznesowym. 14 grudnia miałem wracać, ale 13 grudnia ogłoszono stan wojenny. Nie miałem możliwości powrotu. Po długich perypetiach udało mi się sprowadzić żonę i dzieci. Mieszkaliśmy w Berlinie Zachodnim przez 14 lat.
Na początku 1982 roku dostałem pracę w berlińskiej fabryce autobusów Neoplan. Nigdy wcześniej nie myślałem o zajmowaniu się autobusami. Szybko przekonałem się, że duże samochody są równie ciekawe jak osobowe.
Przepracował pan w Neoplanie 14 lat. Zrobił pan błyskawiczną karierę. Pomogło to, że jest pan Polakiem?
- Było pomocne, ale dopiero na początku lat 90., kiedy firmę zaczęli odwiedzać pierwsi klienci z Polski.
Neoplan był zawsze technicznym liderem w branży. Wprowadził jako pierwszy m.in. zawieszenie pneumatyczne, autobus niskopodłogowy. Produkował największą gamę pojazdów w branży. Nigdzie nie było wtedy na świecie lepszej szkoły budowy autobusów. Natomiast Neoplan był firmą rodzinną, gdzie w zarządzie znajdowali się tylko ludzie z rodziny właścicieli Auwärterów. Po trzech latach zostałem dyrektorem. Osiągnięcie tego szczebla było więc najwyższym możliwym stanowiskiem w mojej ścieżce kariery.
Kiedy pan wrócił do Polski?
- W 1986 roku nawet przyjechałem do Polski, żeby sprawdzić, jaki jest rynek na autobusy. Wsiadłem za kierownicę autobusu i odwiedziłem kilka przedsiębiorstw, m.in. Orbis. Wszyscy aż cmokali z zachwytu nad pięknym autobusem marki Neoplan, ale czasy nie sprzyjały zakupom. Trzy lata później, kiedy zobaczyłem, że w Polsce zmienia się system i nastaje kapitalizm, pomyślałem, że to moja życiowa okazja. Obserwowałem sytuację. W końcu decyzja o rozpoczęciu własnego biznesu we mnie dojrzała. W 1994 roku wróciłem do Polski, otwierając w Warszawie biuro handlowe Neoplan Polska. Wtedy jeździły po ulicach głównie stare wysłużone ikarusy. Potencjał rynku był więc ogromny.
Początki własnego biznesu były ciężkie?
- Właśnie, że fajne. I to tak fajne, że można się było tym zachłysnąć. Atmosferę tamtych czasów można chyba porównać tylko z gorączką złota. Wszyscy wiedzieli, że jest złoto, tylko trzeba było kopać, kopać żeby je znaleźć. W dodatku wszyscy byli pomocni. To było coś fantastycznego.
Urzędnicy nie utrudniali pracy?
- Nigdy. Pomagali nam, szukali rozwiązań, a nie myśleli, jak chronić sobie plecy, bojąc się, że jak podejmą decyzję, będą mieć kłopoty.
Poza tym w tamtych czasach w ogóle zapadały absolutnie rewolucyjne decyzje. Prezydent Poznania Wojciech Szczęsny Kaczmarek złożył u nas pierwsze duże zamówienie. To był konkurs ofert. Nie obowiązywała wówczas jeszcze ustawa o zamówieniach publicznych. Łącznie zamówił aż 122 autobusy niskopodłogowe. Nam przypadła budowa 72 sztuk, a pozostałe naszemu konkurentowi. Warunek był jeden - autobusy musiały powstać w fabryce w okolicach Poznania.
Pozostało tylko ruszyć z produkcją.
- Kiedy zdobyliśmy to zamówienie, nie mieliśmy ani fabryki, ani ludzi. Był tylko zapał i doświadczenie zdobyte czasach pracy w Berlinie. Budujemy autobusy dla miasta Poznania. Ale się udało. Kontrakt dostaliśmy w 1995 roku, a pierwszy autobus opuścił firmę 22 marca 1996 r.
Musiał pan znaleźć ludzi, wybudować fabrykę.
- Znalezienie miejsca, odpowiednich pracowników to nie jest problem, tylko szansa. Zresztą największą radość w pracy dają mi właśnie ludzie. Być może moją wadą jest właśnie to, że za bardzo przywiązuję się do ludzi. Ale z drugiej strony taki stosunek do ludzi jest zawsze odpłacany. Może to jest właśnie tajemnica naszego sukcesu, że jesteśmy zgranym zespołem. Kiedyś znałem każdego pracownika. Teraz tylko tych kluczowych i pracujących najdłużej, ale w firmie pracuje już ponad 1,5 tys. osób.
Skąd miał pan pieniądze na start?
- To akurat był problem. Firma zaczynała bez kapitału. Potrzebowaliśmy pożyczki. Mieliśmy tak wielki zapał, że ostrożność bankowców w udzielaniu kredytów nie mieściła nam się w głowach. Poszliśmy do kilku banków. Za każdym razem przedstawialiśmy nasz projekt działalności. Mówiliśmy, że chcemy zrobić tyle i tyle autobusów, miało to dać taki i taki zysk, taki i taki zwrot z inwestycji. Dla nas to było bardzo proste. To miał być interes dla banku i dla nas. Banki widziały to inaczej. Słyszałem co chwilę: "Pieniądze na projekt? Chyba pan oszalał!". W końcu trafiłem do Banku Handlowego, który postąpił jak przedsiębiorca, tzn. zaryzykował. Pieniądze, które dostaliśmy od niego, oddaliśmy dużo szybciej, niż to było planowane.