Sylwia Śmigiel: W kryzysie ktoś jeszcze kupuje rowery?
- Jeszcze więcej niż przed kryzysem.
Niemożliwe.
- W Polsce sezon na zakup rowerów zaczyna się na wiosnę, a już mamy 10 proc. więcej zamówień niż rok temu. Miesięcznie sprzedajemy średnio około 40 tys. sztuk. Również eksport nam wzrósł o 10 proc. Wysyłamy nasze produkty do Skandynawii i wszystkich krajów Europy oprócz Francji. Co drugi nasz rower sprzedajemy za granicę.
Na pewno sprzedaż wzrosła właśnie przez kryzys. Przecież skłania on do zaciskania pasa. Rower to alternatywa dla samochodu, i to dużo tańsza. Kiedy trzeba pojechać po niewielkie zakupy do najbliższego sklepu czy podjechać dwa kilometry do pracy, to nie warto wyprowadzać samochodu z garażu. Jazda rowerem nic nie kosztuje.
Gorzej, jeśli do pracy ma się 10 czy 15 km.
- Dlatego w kryzysie zyskują także producenci skuterów. Jesteśmy jednym z nich. Zaczęliśmy produkować skutery i motorowery dwa lata temu. Sprzedaż nam rośnie w tempie 80-100 proc. rocznie. Sprzedajemy około 4 tys. sztuk miesięcznie.
Wprawdzie za średnią maszynę trzeba zapłacić 3-5 tys. zł, ale na paliwo wydaje się symboliczne pieniądze, bo skuter pali 2 -2,5 litra na 100 km. Oszczędności przychodzą bardzo szybko. Poza tym jazda skuterem jest wygodniejsza niż autobusem.
Jakie rowery są teraz najpopularniejsze?
- Dużym zainteresowaniem cieszą się jubilat, wigry, touring. Sprzedajemy je od lat i właściwie nie wprowadziliśmy w nich żadnych zmian. Wciąż mają swoich wielbicieli. I nic dziwnego, bo ich wielką zaletą jest prostota i niezawodność. Poza tym są tanie, więc nie ma problemu z zostawieniem ich na chwilę gdziekolwiek, choćby pod drzewem w lesie. W przypadku roweru za kilka tysięcy to byłoby za duże ryzyko.
Czyli klienci najchętniej kupują najtańsze rowery?
- Nie. Przede wszystkim chcą rowerów miejskich tzw. city. Era rowerów górskich już minęła jakieś dwa lata temu. Teraz rowery mają być dobre, niezawodne, lekkie, mało skomplikowane z kilkoma przerzutkami. Rower nie ma już służyć do szpanowania. Coraz więcej osób traktuje jazdę na rowerze nie jako sport, tylko środek transportu.
A jakie wymagania mają klienci za granicą?
- Również chcą prostych, lekkich rowerów miejskich. Tylko, że tam jest zupełnie inne podejście do rowerów. U nas sprzedają się one głównie w sezonie, za to na Zachodzie - cały rok. Rowery są tam naprawdę popularne. Normalne jest to, że nawet elegancko ubrana kobieta podjedzie rowerem do pracy. W Polsce jest to wciąż przed nami.
Dlaczego zdecydował się pan na rowery?
- Nigdy nie myślałem, żeby być przedsiębiorcą. Trzeba jednak było szukać sposobu na życie. Wystarczyło się rozejrzeć. Pod koniec lat 80. i na początku lat 90. każdy chciał mieć rower, ale nie można go było gdzie kupić. W Polsce rowery robił tylko Romet z zakładami w Bydgoszczy, Poznaniu, Czechowicach-Dziedzicach. Przedsiębiorstwo miało imponującą produkcję, sięgała 1,5 mln sztuk. Tylko co z tego, skoro rowery były wysyłane za granicę, do różnych krajów świata. Na nasz rynek trafiały niewielki partie i momentalnie były wykupywane. Postanowiłem dać ludziom to, czego potrzebują.
Kiedy wyprodukował pan pierwszy rower?
- Zaczynałem od handlu rowerami innych firm. Zaczęliśmy od importu rowerów z Ukrainy i innych rynków wschodnich. Podpisaliśmy umowę z zrzeszeniem handlu zagranicznego. Zaczęliśmy także handlować z firmami krajowymi, czyli Rometem i zakładami rowerowymi w Czechowicach-Dziedzicach. Byliśmy ich dilerami. Sprzedawaliśmy 50-60 tys. sztuk rocznie.
Nie było żadnych problemów?
- Największym był brak towaru. Drugą sprawą było to, że nie miałem oszczędności na własny biznes. Musiałem wziąć kredyt w banku. Pierwszy był oprocentowany na ponad 70 proc.
Ile?
- Dokładnie 74 proc. Wiem, że teraz to się w głowie nie mieści. Ale takie były czasy. Wolałem wziąć kredyt i rozkręcać firmę, niż siedzieć z założonymi rękami. Rowery schodziły mi na pniu, więc nie miałem powodów do zmartwień. Pieniądze wystarczały na spłatę kredytu i inwestowanie. I tak po czterech latach postanowiłem, że będę sprzedawać własne rowery.
Handel rowerami z innych zakładów już nie wystarczał?
- Nie tylko ja wpadłem na pomysł, żeby sprowadzać rowery z byłego ZSRR. Szybko na rynku pojawiła się cała masa importerów. Miałem wrażenie, że wszyscy ściągają rowery z zagranicy. Kupowali je na podobnych zasadach i na podobnych sprzedawali, w dodatku niczym szczególnym te sprowadzane rowery się od siebie nie różniły. To był najwyższy czas, żeby zrobić jakiś ruch. Postawiliśmy na montaż. Ruszyliśmy z nim na przełomie 1995 i 1996.
Zatrudnialiśmy ponad sto osób. U siebie robiliśmy koła, wymyślaliśmy opracowanie graficzne. Gotowe części (ramy, kierownice itp. ) kupowaliśmy od innych i tak składaliśmy całe rowery. I tak nasze składaki okazały się strzałem w dziesiątkę. Ustawiały się do nas kolejki. Mieliśmy dobry towar, w dodatku tani. W pierwszym roku zmontowaliśmy ponad 78 tys. sztuk.
Czyli pełen sukces
- Tylko, że ja wciąż myślałem o własnym rowerze, od początku do końca zrobionym przez naszą firmę. Szansa przyszła, kiedy kupiliśmy zakłady rowerowe w Jastrowiu. To był dla nas prawdziwy przełom. Mieliśmy wreszcie biuro konstrukcyjne z prawdziwego zdarzenia, projektantów, konstruktorów. W naszych nowych zakładach produkowano już ramy, kierownice, obręcze, szprychy, błotniki. W 1998 r. ruszyliśmy z produkcją z prawdziwego zdarzenia.
***
Wiesław Grzyb założył firmę Arkus w 1991 r. Zaczynał od importu rowerów ze Wschodu. W 1999 r. kupił fabrykę Romet-Jastrowie. Rok później przejął kolejny zakład w Kowalewie Wielkopolskim, a w 2001 zakład w Nowowołyńsku na Ukrainie. Cztery lata później nastąpiło połączenie wszystkich jego fabryk w jedną spółkę Arkus & Romet Group. Od 2007 r. firma produkuje także skutery oraz motorowery i jest największym producentem jednośladów w Polsce. Połowę produkcji rowerów Arkus & Romet trafia na eksport.