Sylwia Śmigiel: Dlaczego został pan przedsiębiorcą?
Przemysław Gacek*: Zawsze uważałem, że prowadzenie własnej firmy jest bardziej nobilitujące niż praca w korporacji. W rodzinie i wśród starszych kolegów ze studiów było kilku przedsiębiorców. Też chciałem mieć możliwość robienia czegoś samodzielnie.
Podczas studiów ekonomicznych na Uniwersytecie Warszawskim nie tylko się uczyłem, ale też dużo działałem w AIESEC-u, międzynarodowej organizacji studenckiej. Dzięki temu dziesięć lat temu udało mi się wyjechać na staż do Londynu. Miałem pół roku pracować w PricewaterhouseCoopers i zajmować się monitorowaniem procesu rozszerzenia Unii Europejskiej i korupcją w biznesie. Już wyjeżdżając, postanowiłem, że albo zostanę w Anglii, albo założę własny biznes w Polsce. Brakowało mi tylko pomysłu.
Gdzie pan go szukał?
- Jeździłem londyńskim metrem i czytałem różne gazety. Cały czas myślałem, co mógłbym robić. W końcu na pomysł trafiłem przez przypadek. Chciałem się uczyć języka hiszpańskiego. Poszedłem do kiosku, żeby kupić coś do nauki. Rzuciła mi się w oczy publikacja wydawnictwa Hotcourses - przewodnik po różnych dostępnych na rynku kursach językowych, biznesowych itd. Pomyślałem, że mógłbym wydawać coś podobnego w Polsce. Myślałem, że u nas takich wydawnictw nie ma.
I nie było?
- Okazało się, że są, ale dzwoniąc do brytyjskiego wydawnictwa, jeszcze o tym nie wiedziałem. Powiedziałem, że jestem z Polski, że pomysł takiego biznesu bardzo mi się spodobał. Zapytałem, czy możemy się spotkać.
Nie odesłali pana z kwitkiem?
- O dziwo, nie. Jeden z szefów firmy zgodził się ze mną spotkać. Chyba zaskoczyło go, że ktoś tak po prostu zadzwonił. Pomogło mi także to, że kiedyś pracował w tej samej firmie co ja.
W siedzibie wydawnictwa zobaczyłem, że oprócz tej publikacji o kursach, która mi się tak spodobała, firma zajmuje się także stronami internetowymi. Były związane z pracą i karierą, zawierały informacje o różnych pracodawcach itd. Postanowiłem, że właśnie tym się zajmę w Polsce. Wcześniej sprawdziłem, czy ten pomysł wypali.
Jak?
- Przeprowadziłem badania marketingowe. Zadzwoniłem do Polski, do znajomych działających w organizacjach studenckich. Oni na swoich uczelniach rozdawali studentom formularze z pytaniami, czy potrzebują informacji o pracy, czy korzystają z internetu i czy będą z niego korzystać. Dzięki temu dowiedziałem się, że spora grupa młodych ludzi chętnie skorzystałaby ze strony internetowej, którą miałem zamiar założyć. Poza tym, mimo że wtedy z internetu nie korzystało się jeszcze masowo, było pewne, że liczba internautów będzie rosła.
Kiedy wróciłem do Polski, spotkałem się jeszcze z kilkoma firmami, żeby porozmawiać na temat mojego pomysłu. Rozmówcy utwierdzili mnie w przekonaniu, że warto zaryzykować. Zacząłem więc szukać osób, z którymi warto rozpocząć biznes.
Szybko znaleźli się chętni?
- Przekonałem mojego kolegę Rafała Szczepanika. W lutym 2000 roku zarejestrowaliśmy firmę. Później dołączyły do nas jeszcze cztery osoby: Maciej Noga, który do dziś pracuje jako szef marketingu, Paweł Leks, obecny szef działu IT, a także Marcin Pietras i Oksana Świerczyńska.
Zaczynaliśmy z kapitałem zaledwie 4 tys. zł. Wszystko robiliśmy za darmo, każdy z nas ryzykował, bo koszty pokrywaliśmy z własnych oszczędności. W 2000 roku tylko ja mieszkałem w Warszawie, pozostałe osoby - w Katowicach, Krakowie i we Wrocławiu. Wynajęliśmy niewielki dom. Na parterze było biuro, na piętrze wszyscy mieszkali, a w garażu trzymaliśmy samochód i robiliśmy imprezy.
Stronę www.pracuj.pl uruchomiliśmy w miesiąc. Nie wydaliśmy na nią wielkich pieniędzy. Znaleźliśmy tanie serwery, a stronę zrobili dla nas znajomi z Akademii Ekonomicznej w Katowicach. A potem przez trzy miesiące jeździliśmy pociągami po całej Polsce, spaliśmy u znajomych i chodziliśmy od firmy do firmy w poszukiwaniu klientów.
Przedsiębiorcom podobała się wasza strona internetowa?
- To były inne czasy. Firmy wolały płacić za coś namacalnego, internet traktowały jako dodatek. Zachęcaliśmy więc do wykupienia miejsca w papierowym przewodniku o pracodawcach, który zamierzaliśmy wydać, a przy okazji namawialiśmy do pojawienia się w internecie - w Pracuj.pl. Na szczęście po kilku miesiącach starań udało się nam przekonać do współpracy ponad dziesięć firm. Dzięki temu mogliśmy wydać nasz przewodnik "Pracodawcy". Bardzo nam to pomogło w wypromowaniu Pracuj.pl.
Na początku naszej działalności mieliśmy 100-120 wejść na stronę dziennie. Kiedy jesienią po raz pierwszy ukazał się przewodnik "Pracodawcy", wejścia na stronę zwiększyły się trzykrotnie.