Justyna Dzienkowska od liceum hobbystycznie zajmuje się ceramiką. Na studiach nauczyła się pracować z niepełnosprawnymi. Sprawdza się też w zajęciach umuzykalniających dla dzieci. Agnieszka Tomczak uczy angielskiego. Dorota Majda-Boruta jest doświadczoną nauczycielką plastyki, od dziecka zafascynowaną teatrem.
Trzy kobiety z Bydgoszczy połączyły siły i w sierpniu wystartowały z własną firmą. Założyły Klub Malucha Artysie. Dzieci w wieku od 2 do 5 lat mogą tu przebywać od 6 rano do godz. 18. Dostaną śniadanie, dwudaniowy obiad, podwieczorek. Wezmą udział w zajęciach z rytmiki, zabawach ruchowych, plastycznych, teatralnych, nauczą się angielskiego.
Każda z właścicielek firmy ma doświadczenie w pracy z dziećmi. Agnieszka zdobyła je w prywatnym przedszkolu w Anglii, Dorota przez lata uczyła plastyki w bydgoskich szkołach, Justyna Dzienkowska pracowała w szkole zarówno z dziećmi zdrowymi, jak i niepełnosprawnymi.
Agnieszka i Justyna mają po 26 lat, poznały się na studiach. 48-letnią Dorotę spotkały w Centrum Zdrowia Psychicznego, Profilaktyki i Wspierania Rozwoju "Heal" w Bydgoszczy Na umowę o dzieło prowadziła w niej zajęcia- zabawy dla małych dzieci i ich rodziców. Uczyły rodziców, jak kreatywnie spędzać czas z własnymi pociechami. Mało dochodowe zajęcie i niepewne.
Wspólny biznes wymyśliły podczas jednej rozmowy. - Chciałyśmy zrobić coś dla siebie i dla dzieciaków - wspomina Dorota. - Nie myślałyśmy o kryzysie, czy strachu przed prowadzeniem własnej firmy. Od tamtej rozmowy myślałyśmy już tylko o klubie malucha. Miałyśmy pięć miesięcy, by dopiąć wszystko na ostatni guzik.
Klub, czyli prawie przedszkole
Rynku nie musiały badać. O tym, że przedszkoli brakuje - wiedzą wszyscy.
- Z mediów znałyśmy statystyki. W ubiegłym roku zabrakło miejsc co najmniej dla kilkuset dzieciaków z samej Bydgoszczy - mówi Justyna. - Znałyśmy opowieści "dzieciatych" znajomych, którzy chcieliby już wrócić do pracy, a nie mogą - bo nie mają gdzie dziecka posłać. Nie wiedzą np. co zrobić z dwulatkiem, który do przedszkola za mały, a do żłobka się nie dostał. Inni z kolei marzą o miejscu, gdzie mogliby zostawić malucha na kilka godzin, bo wybierają się na zakupy, albo na kurs językowy. Poszłyśmy do ratusza tylko po to, by dowiedzieć się, w których dzielnicach jest największy problem.
Klub Malucha zakłada się dużo łatwiej niż przedszkole. Prawo nie zna jeszcze takiego pojęcia, nie stawia więc takich wymogów jak przedszkolom (te muszą być na parterze, z odpowiednio nasłonecznionymi salami, łazienkami z przedsionkami, kuchnią z osobnym wejściem i oddzielnym pomieszczeniem na zmywarki do naczyń).
- Nam Sanepid nie stawia twardych wymogów co do powierzchni lokalu ani wysokości umywalek - mówi Dorota. - Same starałyśmy się jak najwięcej tych standardów spełnić, ale nie będziemy z tego rozliczane. Inspektorzy mogą tylko sprawdzić, czy wywiązujemy się z norm zbiorowego żywienia. Ale to nie problem. Wyżywienie maluchom zapewni firma cateringowa.
Najwięcej trudności sprawiło znalezienie lokalu. - W kwietniu poprosiłyśmy o pomoc biuro nieruchomości - opowiada Agnieszka. - Agenci pokazali nam kilkanaście domów i mieszkań do wynajęcia. Ale chyba nie do końca zrozumieli nasze potrzeby. Mówiłyśmy, że to ma być miejsce dla dzieci, najlepiej samodzielny dom, z ogrodem. A oni uparcie pokazywali nam powierzchnie biurowe w centrum miasta, nawet nad sklepem monopolowym - śmieje się.
Lokal znalazły dopiero w lipcu. Wynajęły 120-metrowy, piętrowy dom w peryferyjnej dzielnicy Bydgoszczy, z dużym ogrodem, 250 metrów od lasu. Właścicielka - jak się okazało - też nauczycielka, zachwyciła się ich pomysłem na biznes. I od razu dała rabat. Płacą miesięcznie 2,4 tys. zł czynszu.
Na razie urządziły tylko parter: dwie sale dla dzieci, mała kuchnia, szatnia i łazienka.
Dorota: - Przy remoncie pracował mój mąż, ojcowie Justyny i Agnieszka, my same. Odmalowałyśmy ściany, położyłyśmy kolorowe wykładziny. Wykorzystałyśmy plastyczne uzdolnienia i same zrobiłyśmy dekoracje: na ścianach zwierzątka, samochodziki.
Meble zamówiły u znajomego stolarza, pojechały do Ikei po małe krzesełka, stoliczki, stopień pod umywalkę dla mniejszych dzieci, nocnik, kocyki. Wydały 800 zł. Na zabawki i artykułu papiernicze - 300 zł. Część zabawek przekazali im znajomi.
Nie starały się o żadne dotacje. Nie było na to czasu. Wykorzystały własne oszczędności, zadłużyły się u rodziny.
Dla młodszych i starszych
Firmę zarejestrowały 3 sierpnia. Reklamują się na internetowych forach dziecięcych.
Wydrukowały 2 tys. ulotek.
- Są najskuteczniejsze. Zostawiam je w sklepach, przychodniach ,galeriach handlowych, a nawet za wycieraczkami samochodów ,w których widać dziecięce foteliki. Rezultaty są natychmiastowe. Jeszcze tego samego dzwonią zainteresowane matki - mówi Dorota.