ANETA AUGUSTYN: Jak powstaje pocztówka?
ANDRZEJ TYLKOWSKI: Zwykle w kwadrans, gdzieś między przewijaniem dzieci a krojeniem chleba. Jestem niecierpliwy, nie wracam do rysunków, nie poprawiam ich. Stale mam pod ręką pióro i skrawki papieru, i rysuję, kiedy mi przyjdzie ochota. Nasza idealna pocztówka musi być atrakcyjna, ale powinna także bawić, budzić refleksję, czasem płacz. Musi być i dla nastolatka, i dla 60-latki. Chodzi o przekaz lapidarny iwyrazisty, bo w sklepie ma tylko kilka sekund, żeby zostać zauważoną między innymi. Musi uwieść od pierwszego spojrzenia.
Pierwsza kartka...
KATARZYNA MAJEWSKA:Powstała dlatego, że bardzo dużo mówiłam, a Andrzej - prawie nic.
A.T.: Ale znacząco patrzyłem.
K.M.:Mieliśmy po 17-18 lat, o uczuciach Andrzej mówić za bardzo nie chciał. W końcu zaczął rysować. I zamiast mówić, co czuje, pokazywał mi obrazki.
A.T.: To wcale nie wynikało z moich emocjonalnych ograniczeń, tylko chciałem, żebyś widziała, jaki ze mnie wspaniały artysta. Zawsze w weekendy odbierałem Kasię z dworca i jeden z pierwszych rysunków przedstawiał dworzec, pociąg, ludzi i Kasię, z komentarzem: "Pociąg, którym przyjechała, spóźnił się piętnaście minut".
K.M.:Te komentarze na kartkach to były cytaty albo dosłowne opisy sytuacji. Zaczęliśmy się porozumiewać za ich pomocą.
A.T.:Na przykład ona wysiada z autobusu po kłótni. Narysowałem wtedy dwoje ludzi na przystanku i tekst: "Wtedy ona powiedziała, że jest zła".
K.M.: Andrzej podsuwał mi rysunek i nagle czułam, że widzę jego oczami.
Kiedy wasze obrazki powędrowały między ludzi?
A.T.: Długo zajmowały nas inne sprawy. Oboje bez powodzenia zdawaliśmy do łódzkiej Filmówki. W końcu Kasia skończyła filozofię, a ja, po studium nauczycielskim, uczyłem wychowania plastycznego, m.in. wprzedszkolu. Fascynowały mnie rysunki przedszkolaków, bo są nieprzekalkulowane. Starałem się rysować tak samo, naturalnie.
K.M.: Zdziwił się, kiedy chciałam pokazać rysunki znajomym. Bo zbyt intymne.
I jaka reakcja znajomych?
A.T.: "O, to zupełnie jak my". Nasze scenki, problemy, żarty okazały się uniwersalne i to był klucz do powodzenia. Kolega biznesmen powiedział: "Zróbcie z tego pocztówki".
K.M.:A my bezradnie: "Ale jak?". Machnął ręką, sam odbił na ksero i zaniósł do galerii. To był 1990 rok.
A.T.: Zapakowaliśmy potem karton skserowanych pocztówek i pojechaliśmy na Jarmark Dominikański do Gdańska. No i udało się. Podchodziły pary i prosiły, żeby im zrobić taki sam obrazek, tylko duży, do sypialni. Na przykład ten z komentarzem: „Kiedy wracali z kina, powiedziała mu: »Nie możesz być taką świnią i nie spać ze mną «”.
K.M.: Ludzie odnajdywali siebie wnaszych osobistych sytuacjach. Jeździliśmy na jarmark przez kilka lat, do współpracy zapraszały nas galerie z kraju. Zaczęliśmy się tym zajmować coraz poważniej.
A.T.: Tak, to Kasia założyła firmę, w1995 roku. Kupiła książki o podatkach i po prostu nauczyła się tego. Za co jestem jej bardzo wdzięczny, bo dla mnie to okropne sprawy.
K.M.:A Andrzej był, i jest do tej pory, jednoosobowym działem graficznym. Na początku wszystko robiliśmy sami: 37-metrowe mieszkanie było biurem imagazynem, pakowaliśmy się do starego forda i ruszaliśmy z kartkami na wycieczkę po Polsce. Koleżanka psychiatra pomagała mi liczyć koperty. Twierdziła, że to ją relaksuje.