Aneta Augustyn: Co to jest luksus? Elżbieta Wysoczańska: Coś, co kupujemy, choć wcale tego nie potrzebujemy.
Więc po co kupujemy? - Bo sprawia nam przyjemność, bo działa na zmysły: na smak, dotyk, wzrok, węch i zaspokaja próżność. Przyjemnością powinien być również sam moment kupowania - w ekskluzywnych sklepach serwuje się szampana, podaje torebkę, otwiera drzwi, zamawia taksówkę. To cały spektakl. Bywa, że obcowanie z luksusem zaczyna się od drobiazgów, choćby od rękawiczek, a potem apetyt rośnie w miarę jedzenia.
Pierwszy luksus, jaki pani sobie sprawiła? - Jeszcze podczas studiów w Polsce potrafiłam wydać znaczną część skromnego budżetu na francuskie kremy; zawsze miałam słabość do kosmetyków. W najśmielszych marzeniach nie przypuszczałam, że kiedyś będę firmować swoim nazwiskiem kosmetyki w Paryżu.
Skąd pomysł, żeby wchodzić do jaskini lwa? Francja to imperium kosmetyczne obwarowane przez uznane marki. Nagle pojawia się nikomu nieznana Polka, w dodatku z nazwiskiem, którego nie da się wymówić. - Nie wyobrażałam sobie lepszego miejsca na zaistnienie w świecie kosmetycznym niż Francja, ale nic nie przyszło samo. Po iberystyce w Poznaniu i dziennikarstwie w Madrycie zaczęłam pracować w Hiszpanii oraz w Genewie w szwajcarskiej firmie farmaceutycznej, gdzie zajmowałam się marketingiem.
Humanistyka zeszła na bok, zaczęła się fascynacja kosmetologią, innowacjami, rynkiem kosmetycznym. Już wtedy kiełkowała myśl, żeby stworzyć coś własnego.
Po siedmiu latach pracy u Szwajcarów zdecydowałam się na
studia w ESSEC, prestiżowej École Supérieure des Sciences Économiques et Commerciales w Paryżu. To
szkoła z wiekową tradycją, która od kilkunastu lat prowadzi jedyne na świecie studia menedżerskie z zarządzania produktami luksusowymi: ubraniami i akcesoriami, perfumami, kosmetykami, zegarkami, biżuterią, alkoholami, samochodami i nieruchomościami.
Długo przygotowywałam się do tych studiów - i materialnie, bo kosztują tyle, ile mieszkanie w Polsce, i do wymagającego egzaminu. Tam nie wystarczy podejście czysto ekonomiczne, potrzebne jest także wyczucie sztuki, znajomość trzech języków i minimum pięć lat na stanowisku menedżerskim. Oprócz wiedzy czysto biznesowej, z zakresu finansów czy zarządzania zasobami ludzkimi uczyliśmy się historii sztuki i mody, odwiedzaliśmy największe światowe imperia: Estee Lauder w Nowym Jorku, Ferragamo we Florencji, Versace w Mediolanie, Vuittona w Paryżu
Miałam 30 lat, gdy ukończyłam z wyróżnieniem MBA w luxury brand management i otrzymałam propozycję pracy dla L'Oréala w Moskwie. Nie chciałam jednak wyjeżdżać z Paryża i postanowiłam wykreować swoją markę. Dlaczego miałam oddać wiedzę i zapał korporacji, skoro miałam własny pomysł? Trzeba było tylko zrobić plan i znaleźć pieniądze. Nie było łatwo, zaczynałam w Paryżu od zera, byłam spoza biznesowego kręgu. Znałam tylko ludzi z ESSEC.
Ile osób z pani rocznika otworzyło własne firmy? - Tylko ja. Pozostali, 28 osób z całego świata, pracują w wielkich koncernach - u Diora, Chanel, Louisa Vuittona.
Pani dała pomysł i nazwisko. Kto zdecydował się zainwestować? - Zaowocowały moje kontakty w Szwajcarii, gdzie przekonałam kilku "business angels", żeby ulokowali środki w rozruch przedsięwzięcia. Tych trzech Szwajcarów jest teraz razem ze mną w zarządzie firmy Visoanska. Wyłożyli około miliona euro.
Czym ich pani przekonała? - Chyba determinacją (śmiech). Rozmawialiśmy w 2006 roku, kiedy luksus - drogie samochody, krótkie serie zegarków - znakomicie się sprzedawał. Mówiłam moim przyszłym wspólnikom o wciąż rosnącym kulcie młodości, o tym, że kobiety nie tylko żyją coraz dłużej, ale też dłużej są aktywne. Kobieta 50-, 60-letnia to już nie babcia i emerytka jak kiedyś, ale dynamiczna, spełniająca się zawodowo osoba, która wie, że musi dobrze się prezentować i jest skłonna wiele zainwestować w swój wygląd. Poza tym na rynku kosmetycznym rośnie zapotrzebowanie na marki niszowe. Bardziej wymagające klientki nie chcą pachnieć perfumami, którymi pachnie wiele innych kobiet. Nie zadowalają ich mocno reklamowane, ogólnie znane produkty. Zwykle bardzo uważnie czytają etykiety kosmetyków i nie chcą używać tych, które są nafaszerowane syntetycznymi składnikami. Szukają czegoś nowego; produkty niszowe są coraz bardziej trendy, zwłaszcza jeśli bazują na naturalnych składnikach. Mnie zależało na przetwarzaniu właśnie takich substancji poprzez zaawansowane biotechnologie. W kosmetykach przeciwstarzeniowych do twarzy, które wymyśliłam głównie z myślą o kobietach od 35. roku życia, wykluczyłam m.in. syntetyczne zapachy, barwniki i konserwanty. Każdy z tych produktów zawiera ok. 90 proc. naturalnych składników, m.in. z baobabu z Senegalu, z alg z Bretanii i Antarktydy, z kwiatów z Tybetu, ze szwajcarskiej szarotki. Wylansowałam je po trzech latach badań.