Biznes Ludzie Pieniądze

Gdy nadmiar jadła odbija się czkawką

Joanna Klimowicz
14.04.2011 , aktualizacja: 12.04.2011 10:37
A A A Drukuj
Dwie giełdowe spółki opatentowały prawie wszystkie możliwe konfiguracje słów związanych z jadłem. W toczącej się pomiędzy nimi wojnie rykoszetem oberwali drobni przedsiębiorcy
Dorota i Piotr Ignaciuk jedną z sal swojej restauracji nazwali Prawdziwe Swoyskie yadlo. Bo okazało się, że nazwa prawidłowo pisana jest zarejestrowana w urzędzie patentowym.
Fot. Marcin Onufryjuk / Agencja Gazeta
Dorota i Piotr Ignaciuk jedną z sal swojej restauracji nazwali Prawdziwe Swoyskie yadlo. Bo okazało się, że nazwa prawidłowo pisana jest zarejestrowana w urzędzie patentowym.
Powiedzieć, że Dorota Ignaciuk jest wściekła, to nic nie powiedzieć. Elegancka blondynka po czterdziestce wita nas przed Camelotem. Budynek restauracji, parterowy niby-zamek z cegły, wyrósł w białostockiej dzielnicy dawnych Chanajek. O czasach jej świetności świadczą nieliczne drewniane domki. Regionalny klimat Ignaciuk i jej mąż Piotr chcieli przywrócić w jednej z sal Camelotu i nazwać ją Swojskie Jadło.

Drewniane stoły przykryte różnokolorowymi narzutami. Na parapetach kwieciste, dziergane poduszki. Obowiązkowo koło od wozu i dzbanki. W centrum wiejski stół zastawiony suszoną kiełbasą, razowcem, dzieżką ze smalcem i połciem słoniny. Jak by nie patrzeć - swojsko.

- Chcieliśmy promować i sprzedawać regionalne, tradycyjnie przyrządzane jedzenie. Nie przyszło mi do głowy, że mogą być jakieś kłopoty - restauratorka podnosi głos. - Wydrukowaliśmy ulotki, menu i podkładki z własną czcionką i grafiką. Nie wiedzieliśmy, że może być problem.

A jednak problem jest. O ewentualnych kłopotach Ignaciuków przestrzegł znajomy prawnik, który podczas przygotowań do otwarcia odwiedził lokal. Poradził: - Sprawdźcie, czy nazwa nie jest zastrzeżona.

- Zadzwoniłam do Urzędu Patentowego i ręce mi opadły. Usłyszałam, że te słowa rzeczywiście są zastrzeżone - ciągnie pani Dorota. - Zresztą nie tylko "swojskie jadło". Nie mogę użyć słów: "polskie jadło", "staropolskie jadło", "wiejskie", "chłopskie", "sielskie", "szlacheckie", "sarmackie". Mogłabym długo wyliczać.

Wydrukowane za 1500 zł materiały promocyjne i karty menu wylądowały w koszu.

- Mogę zrozumieć, że nie można nazwać tak restauracji, ale że nie można używać tych słów w stosunku do produktów? To już dla mnie magia - zżyma się.

- Ani nie otwieramy restauracji o tej nazwie, ani czyjegoś znaku graficznego nie chcieliśmy użyć. Tylko tych polskich, będących w powszechnym obiegu słów. To jak ja mam inaczej w menu napisać: "robione jak kiedyś przez naszych dziadów"? - ironizuje Piotr Ignaciuk.

- Ja chcę tylko sprzedawać swojskie jadło w Camelocie. I nie mogę, bo ktoś ma wielką kasę i wykupił tyle polskich słów. Słów moich, mojego ojca, dziada, pradziada - mówi restauratorka.

Jadło wymyślił Kościuszko. Jan Kościuszko

Takie sprawy, jak słuszna skądinąd możliwość zastrzeżenia znaku towarowego (daje niepodważalny argument w walce z nieuczciwą konkurencją), reguluje Urząd Patentowy.

- Samo zgłoszenie znaku towarowego do ochrony kosztuje 550 zł. Za dziesięcioletni okres ochronny, który można przedłużyć, płaci się 400 zł - mówi Adam Taukert, rzecznik prasowy Urzędu Patentowego RP.

Termin "swojskie jadło" jako znak słowny zastrzegła Grupa Kościuszko Polskie Jadło SA z Krakowa. To jedna z najbardziej rozpoznawalnych w Polsce firm sektora usług gastronomicznych. Grupa przez dziesięć lat rozwijała sieć restauracji Chłopskie Jadło, a po ich sprzedaży w 2006 roku Sfinksowi zainwestowała w sieci Polskie Jadło, Łowcy Smaków oraz Ready & Go. Produkuje też i sprzedaje pod własną marką gotowe wyroby. Twórcą sukcesu jest Jan Kościuszko, prezes zarządu, pomysłodawca sieci Chłopskiego Jadła, wybitny kucharz. Wywodzi się z "tych" Kościuszków.

Otóż "swojskie jadło" było tylko jednym z szeregu obocznych znaków, które zastrzegł, niejako przy okazji "chłopskiego jadła" i "polskiego jadła". Mówi, że zrobił to po to, by nie pozwolić roztrwonić cennego dobra niematerialnego. Bo Kościuszko uważa, że to dzięki niemu "jadło" wróciło do mowy potocznej. Dziś do Grupy należą jadła: "polskie", "swojskie" i "wiejskie" (to zastrzeżone znaki słowne oraz graficzno-słowne). I wreszcie samo "jadło". Przyznana przez Urząd Patentowy ochrona obejmuje szereg towarów i potraw oraz: prowadzenie agencji reklamowych, organizację i uruchamianie sieci gastronomicznych, doradztwo w zakresie organizowania, kierowania i prowadzenia działalności gospodarczej, prowadzenie restauracji, kawiarni, barów szybkiej obsługi. Znaki trzeba odnawiać co dziesięć lat, a uprawnienia się traci, jeśli znaków tych się nie używa.

- Jeżeli ktoś się nimi posługuje, popełnia przestępstwo. Wygraliśmy już kilkanaście spraw cywilnych i karnych - przestrzega Jan Kościuszko.

Jadła dostatek, ale które prawdziwe?

Jest w błędzie ten, kto uważa, że to Grupa Kościuszko zmonopolizowała słowo "jadło". Na głowę pobił ją Sfinks Polska SA, który zarządza siecią restauracji Sphinx w Polsce i za granicą, dziewięcioma restauracjami Chłopskie Jadło i ośmioma restauracjami Wook. To trzecia pod względem przychodów firma gastronomiczna w kraju. Wchodzące w skład grupy kapitałowej spółki prowadzą działalność też poza jego granicami: w Czechach i na Węgrzech. W 2006 roku spółka przejęła od Kościuszki markę Chłopskie Jadło (kupiła ją za ok. 27 mln zł), a razem z nią wariacje na temat słowa "jadło".

- W ramach umowy wraz z prawem do marki i innym majątkiem nabyliśmy łącznie prawie 30 zastrzeżonych znaków towarowych, w tym kilkanaście zawierających słowo "jadło" w różnych zestawieniach - potwierdza Mariola Krawiec-Rzeszotek, prezes zarządu Sfinks Polska. I wyjaśnia: - Trudno nam odnieść się do intencji poprzedniego właściciela sieci Chłopskie Jadło, który złożył wnioski o ochronę tych znaków, ale należy sądzić, że zostały one zastrzeżone ze względu na plany ich wykorzystania np. w nazwach innych konceptów gastronomicznych czy dań w menu.

Jeśli Sfinks myślał, że po transakcji Kościuszko pożegna się z "jadłem" na dobre, to grubo się mylił.

W maju 2008 roku, tuż przed debiutem giełdowym Grupy Kościuszko, Sfinks pozwał konkurenta do sądu za złamanie zakazu umowy konkurencji i zażądał miliona złotych odszkodowania (wyrok 8 kwietnia). Był zdania, że Grupa nie może powielać konceptu Chłopskiego Jadła, a polskie dania mają stanowić w jej ofercie maksymalnie 20 proc. Tymczasem Grupa Kościuszko podnosiła, że zapisy te obowiązywały do kwietnia 2008 roku, a gdy ten termin minął, Grupa rozpoczęła gastronomiczną ofensywę. Orężem były restauracje: Polskie Jadło, Lanczowisko i Ready & Go.

Takie rozmnożenie "jadła" spowodowało, że Sfinks zaproponował nawet Kościuszce, że odsprzeda mu Chłopskie Jadło, ale negocjacje zakończyły się fiaskiem, a stosunki pomiędzy obiema firmami są raczej chłodne.

- Teraz jakość Chłopskiego Jadła w niczym nie przypomina pierwowzoru. Ani jednej potrawy autorskiej. Ani jedno wnętrze niezmienione - wylicza. Z sentymentem wspomina swoje Chłopskie Jadło z lat 90. - to z teatrem kulinarnym z wódką przeręblówką nalewaną meniskiem wypukłym, półkilogramowym schaboszczakiem i kelnerem zgarniającym rękawem okruchy ze stołu.

Jan Kościuszko podsumowuje gorzko: - Polacy nie tylko lubią podp... komuś znaki towarowe, ale oprócz tego lubią naśladować. Pocieszam się tym, że złych się nie naśladuje.

Gdy nawet giganci drą koty, co pozostaje maluczkim? Radosne słowotwórstwo - dodawanie wyrazów, zmienianie literek. Np. przedsiębiorca z Lublina nazwał swoją restaurację Chata Swojskie Jadło. Białostocki Camelot też sobie poradził. Pojawił się w nim chleb ze smalcem, kiszone ogórki, podpiwek - wyroby z własnych ekologicznych gospodarstw. Sala, która miała nazywać się Swojskie Jadło, to teraz Prawdziwe Swoyskie Jadło.

- Słowo "prawdziwe" pozwoliło nam zrealizować pomysł - mówi Dorota Ignaciuk i kombinuje: Teraz muszę to opatentować, żeby nikt mnie nie ubiegł.

Dla Gazety

Dr Marek Bukowski, specjalista w zakresie własności intelektualnej, prawa konkurencji i autorskiego

- W pełni się zgadzam, że prawo własności przemysłowej bywa nadużywane, a teraz dochodzi do eskalacji problemu. To jest kontrowersyjne z punktu widzenia rynkowego i społecznego. Oczywiście każdy przedsiębiorca ma prawo zarejestrować taką ilość znaków towarowych, która jest konieczna do prowadzenia działalności, ale często też rejestruje oznaczenia podobne, by stworzyć otoczkę ochronną wokół tego podstawowego znaku towarowego. Trzeba przy tym zwrócić uwagę na dwie okoliczności. Pierwsza z nich: znak towarowy musi być używany, by utrzymać jego ochronę. Drugą kwestią jest sama polityka Urzędu Patentowego, która nie jest do końca jednolita. Spotkałem się z orzeczeniami, że szereg zgłoszonych określeń nie ma zdolności odróżniającej, a kiedy indziej - są one rejestrowane. Eksperci podchodzą do nich elastycznie. Dochodzi przez to do monopolizacji rynku. Konieczne jest stworzenie balansu pomiędzy koniecznym zakresem ochrony a nadużyciami prawnymi.

Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    8 głosów