Tuż po godzinie 9 główny indeks
warszawskiej giełdy WIG20 otworzył się na 4,7-procentowym minusie i spadł do najniższego poziomu od lipca ubiegłego roku. Po kilkunastu minutach spadki nieco zelżały i główny indeks spadał o 2 proc. do poziomu 2437,55 punktu. Przypomnijmy, że wczoraj na zamknięciu wskaźnik WIG20 spadł o 3,6 proc. Fatalnie otwierały się też inne giełdy w Europie: na starcie sesji indeks giełdowy w Paryżu spadał o 3,07 proc., o 3,19 proc. spadał wiodący indeks niemieckiej giełdy DAX we Frankfurcie. Jeszcze wyższe, ponad 4-procentowe spadki zanotowała na otwarciu czeska giełda, notując najgorsze wyniki od dwóch lat.
Największe spadki zanotowała za to amerykańska giełda - na otwarciu sesji na Wall Street indeksy tąpnęły o 2-3 proc., potem zaś było dużo gorzej. Amerykańska giełda na koniec sesji zanotowała ogromne spadki: indeks Dow Jones stracił 4,31 proc., Standard&Poor's 500 spadł o 4,77 proc., a Nasdaq - 5,08 proc.
Inwestorzy obawiają się poważnego nawrotu kryzysu w strefie euro.
- To już nie jest kryzys tylko na peryferiach eurolandu - grzmiał wczoraj szef Komisji Europejskiej Jose Manuel Barroso.
Inwestorzy mieli nadzieję, że po zakończeniu wczorajszego posiedzenia rada Europejskiego Banku Centralnego ogłosi, że znów zacznie skupować na rynku wtórnym obligacje państw zagrożonych bankructwem, by uspokoić paniczne nastroje. Tymczasem Jean-Claude Trichet ogłosił tylko, że EBC będzie dostarczał płynność tym bankom, które z powodu dużej ilości "niechodliwych" papierów w kieszeni będzie miał kłopoty z gotówką. Dopiero pytany o operacje odkupu długu przyznał, że nigdy nie ogłoszono ich wstrzymania, a teraz rada nie była jednomyślna, by do nich wracać.
Źródła rynkowe powiadomiły jednak agencję Reuters, że EBC był aktywny na rynku już w trakcie konferencji prasowej po posiedzeniu.
Skupowanie obligacji to najbardziej kontrowersyjna część planu ratowania strefy euro. Oznacza bowiem, że bank centralny finansuje deficyt i dodrukowuje pieniądze - a to działanie przeciw fundamentalnym (jak dotąd sądzono) zasadom.
Wypowiedzi szefa EBC nie uspokoiły rynku. - Inwestorzy nie wiedzą, czy Europa jest w stanie zagwarantować że Włochy i
Hiszpania będą wypłacalne - mówi "Gazecie" Dariusz Rosati, były członek RPP.
Gorąco wokół trzeciej i czwartej gospodarki eurolandu zrobiło się już w środę, gdy na rynku wtórnym rentowności obligacji dziesięcioletnich poszybowały do najwyższych w historii poziomów, wyraźnie powyżej 6 proc. Zdaniem analityków poziom 7 proc. jest granicą, powyżej której kraj może wpaść w spiralę zadłużenia.
Mimo to Hiszpania zaryzykowała i wczoraj wystawiła na sprzedaż obligacje za 3,3 mld euro - udało się je sprzedać, choć znów z wysoką premią za ryzyko. Kolejny przetarg odwołano.
Jakby złych informacji było mało, wczoraj prokuratorzy wkroczyli do włoskich biur
agencji ratingowych Standard & Poor's i Moody's i zajęli dokumenty. Podstawą wszczęcia postępowań miały być wnioski grup konsumentów, którzy skarżyli się na wpływ negatywnych raportów agencji na notowania giełdy w Mediolanie. Amerykańskie agencje ratingowe od wybuchu greckiego kryzysu są na cenzurowanym w Brukseli.
To wszystko sprawiło, że na rynkach międzynarodowych panowały minorowe nastroje. Frank szwajcarski kompletnie zapomniał już, że jeszcze w środę próbował wspierać go Szwajcarski Bank Narodowy. I ponieważ w relacji do euro był najsilniejszy w historii, także w stosunku do złotego, ustanowił kolejny rekord - 3,75 zł. Rano jego cena minimalnie spadła, ale kurs wciąż utrzymuje się na poziomie 3,72 zł.
Na światowych giełdach nabrała rozpędu przecena akcji, która sprowadziła indeksy w Europie i
USA do najniższego poziomu od początku roku. Nie zważano na publikowane wyniki amerykańskich firm, trwała szeroka wyprzedaż.
Giełda paryska straciła 3,7 proc., a frankfurcka i londyńska po 3,5 proc.
Inwestorzy boją się nie tylko pętli zadłużenia w USA i strefie euro, ale także mocnego spowolnienia globalnej gospodarki, co sygnalizują bardzo słabe wskaźniki dla przemysłu amerykańskiego. Gdyby gospodarka spowolniła lub co gorsza wpadła w nową recesję, to zadłużone państwa będą miały jeszcze bardziej utrudnione możliwości spłaty długów. Dlatego tanieją nie tylko akcje, ale również surowce, bo słabnący przemysł nie będzie potrzebować np. tyle ropy i miedzi. Cena baryłki ropy spadła do 111 dol., a jeszcze na początku tygodnia kosztowała 119 dol. Podobny scenariusz był na miedzi. Z tego powodu na naszej giełdzie ostro wyprzedawano KGHM (minus 6,6 proc.), PKN Orlen (5,8 proc.) i Lotos - 4,3 proc.
- Jedyne co mogłoby przynajmniej w krótkim okresie podziałać pozytywnie na rynki, to informacje ze strony banków centralnych albo rządów największych gospodarek, że podejmą pewne działania, które miałyby na celu zatrzymanie tego spekulacyjnego, nerwowego nastroju z ostatnich dni - powiedział agencji Reuters prezes Quercus TFI Sebastian Buczek.