Nie ma się co łudzić, że zawarte porozumienie gwarantuje koniec greckich problemów. Układ z wierzycielami był koniecznością, która miała na celu uchronić rynki przed realizacją czarnego scenariusza. Żadna ze stron nie może się poczuć zwycięzcą w tym starciu.
Prywatni wierzyciele będą musieli umorzyć większą część długu, niż początkowo zapowiadano. Zadłużenie kosztem instytucji finansowych zostanie zmniejszone nie o 50, ale o 53,5 proc., a odsetki, które banki mają otrzymywać, będą mniejsze. Ze stratami na greckich obligacjach musi się też liczyć
Europejski Bank Centralny.
Ciężar reform spoczywa jednak na Grekach. Przed nimi naprawdę ciężkie czasy. Rachunek, jaki im przyjdzie zapłacić za pozostanie w
strefie euro w postaci wyrzeczeń i ostrych cięć, gwarantuje im recesję przez najbliższe lata. Do tego nie ma gwarancji, że finanse publiczne staną się stabilne w ciągu najbliższych dziesięciu lat. Muszą też pogodzić się z utratą części suwerenności, godząc się na stałą kontrolę ekspertów UE i
MFW i trzymanie środków na spłatę zadłużenia na specjalnym koncie.
Przyszłość Grecji w strefie euro wciąż pozostaje wielką niewiadomą. Daję Grekom 50 proc. szans, że w ciągu najbliższych 12-18 miesięcy opuszcza ją i powrócą do drachmy.
not. jam