Gdy w parlamencie trwało głosowanie nad drakońskim programem oszczędnościowym, demonstranci zaatakowali w środę w Atenach gmach ministerstwa finansów. Około 30 osób z kijami i metalowymi prętami wybijało okna w pobliżu wejścia. Policja odparła ich, używając gazu łzawiącego.
Rządowy plan oszczędnościowy musiał zostać przyjęty, żeby Ateny mogły dostać kolejną transzę międzynarodowej pożyczki ratunkowej (12 mld euro) i żeby miały szansę na następną opiewającą nawet na 100-110 mld euro. Bez tej pomocy Grecja zbankrutuje, nie będzie wypłacać pensji nauczycielom czy lekarzom, nie będzie też jej stać na spłatę swojego zadłużenia. Socjalistyczny rząd Jeorjosa Papandreu planuje także prywatyzację, która powinna do 2015 roku zasilić
budżet państwa o 50 mld euro.
Unia Europejska i Międzynarodowy Fundusz Walutowy uznały poprzednie wysiłki Greków za niewystarczające. Podwyżki podatków, cięcia pensji i masowe zwolnienia urzędników nie obniżyły znacząco deficytu finansów publicznych i nie zahamowały przyrost długu publicznego (sięgnął 142,8 proc.
PKB w 2010 roku). Teraz UE i MFW domagają się dalszych oszczędności, sięgających aż 28,3 mld euro do 2015 roku. To około 12 proc. greckiego PKB. Dodatkowe oszczędności to jedyna możliwość na obniżenie deficytu sektora finansów publicznych, który w zeszłym roku sięgnął 10,5 proc. PKB i sprawienie, by wreszcie zaczął spadać
dług publiczny w relacji do PKB. To największa zmora Grecji. W zeszłym roku sięgnął on już 142,8 proc. PKB, a zdaniem Komisji Europejskiej w 2012 roku grubo przekroczy 160 proc. PKB.
Wielkie oszczędności i prywatyzacja. Grecja idzie pod młotek Na czym polegają greckie reformy? Rząd w Atenach planuje zwolnić około 150 tys. pracowników sektora budżetowego. Kolejnym elementem planu jest zmniejszenie sektora publicznego. Zamykane czy łączone mają być publiczne instytucje, restrukturyzowane państwowe firmy. Wydatki na obronność mają spaść o 0,5 proc. PKB (ponad 1 mld euro). W szpitalach zamówienia publiczne mają być scentralizowane. To nie koniec. Grecki rząd chce zracjonalizować system emerytalny - np. sprawdzić czy świadczeń nie pobierają osoby, które nie powinny. Ważnym punktem jest także poprawa ściągalności podatków czy wreszcie wydłużenie tygodnia pracy z 37,5 do 40 godzin.
Drugą część planu stanowi gigantyczny program prywatyzacji warty 50 mld euro do 2015 roku. O skali przedsięwzięcia najlepiej świadczy to, że od początku nowego wieku łączne dochody Grecji z prywatyzacji wyniosły ledwie 10 mld euro, a jeszcze przed wybuchem kryzysu grecki rząd szacował dochody z prywatyzacji na poziomie miliarda euro rocznie.
Pod młotek trafią liczne firmy, w których państwo ma udziały: kupić można akcje kilku banków (m.in. Hellenic Postbank), kolej, państwową loterię i największą firmę bukmacherską organizującą w kraju wyścigi konne. Pod młotek trafią też koncerny energetyczne i reszta akcji byłego państwowego telekomu OTE. Ale na sprzedaż wystawiono także kasyna, obiekty olimpijskie, opustoszałe pole golfowe, a nawet zamkniętą 40 lat kopalnię soli z położoną nieopodal piękną plażą. Aby mieć pełne spektrum dodajmy jeszcze międzynarodowe lotnisko w Atenach i...cztery potężne samoloty Airbus.
Bez przyjęcia planu strefie euro groziła katastrofa Przed głosowaniem prezes greckiego banku centralnego Jeorjos Prowopulos ostrzegł, że odrzucenie planu przez grecki parlament miałoby "katastrofalne konsekwencje". - Gdyby parlament zagłosował przeciwko, byłoby to przestępstwo, kraj głosowałby za własnym samobójstwem - oświadczył Prowopulos na łamach "Financial Times".
Do przyjęcia planu wezwała także w środę francuska minister finansów Christine Lagarde, która została wybrana na stanowisko nowego dyrektora zarządzającego Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Lagarde zaapelowała przede wszystkim do opozycji, aby stanęła ramię w ramię z rządem. - Opozycja powinna w poczuciu narodowej jedności wesprzeć rząd. Chodzi o los kraju - powiedziała francuskim telewizjom LCI i TF1.
Reakcja rynków bez emocji Decyzja greckiego parlamentu nie wstrząsnęła rynkami. Inwestorzy będąc pewni wyniki głosowania od rana z entuzjazmem przystąpili do kupowania akcji. Po decyzji inwestorzy zaczęli realizować zyski pozbywając się akcji oraz wspólnej waluty. Giełdy wciąż jednak pozostają na plusach.
Uspokojenie nastrojów widać w kursach walut. Frank choć ciągle drogi spadł do poziomu 3,33 zł, dolar do 2,78 zł, a euro do 3,99 zł.