Z pracą, na którą inni patrzą krzywo, Piotr Krupa oswajał się od dzieciństwa. Za PRL-u rodzice prowadzili bowiem na Dolnym Śląsku własną firmę - piekarnię wafli do lodów. Jak mówi, na zewnątrz było „opresyjnie”. Przez to, że rodzice prowadzili prywatny biznes, siostra nie mogła na przykład iść do przedszkola. – Relacje i więzi budowaliśmy w zakładzie rodziców, żeby sobie rekompensować wrogość do prywatnego biznesu. Do pracowników mówiłem ciociu i wujku – mówi Krupa.  

Od prawnika do windykatora 

Na studia prawnicze do Wrocławia pojechał za dziewczyną, potem żoną, Sylwią Krupą. Chciał zostać sędzią, ale pochłonęła go własna firma. Pierwszą, doradczą, założył z kolegą ze studiów Wojciechem Kuźnickim. Za grosze robili za prawników papierkową robotę: pisali apelacje, kasacje, pozwy. 

Potem założyli wydawnictwo prawne Kruk i pisali książki - komentarze do ustaw. Krupa zainwestował w jego stworzenie pieniądze, które dostał na ślub. - Pierwsza książka dotyczyła zatrudnienia i rehabilitacji osób niepełnosprawnych i na niej zarobiliśmy pierwsze prawdziwe pieniądze – mówi Krupa. 

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej