W Unii Europejskiej bariery dla swobodnego handlu między krajami nie powinny istnieć. Nie jest jednak tajemnicą, że wiele krajów tworzy je dla importu poprzez lokalne przepisy, chroniąc swój rynek. Protekcjonizm uderza m.in. w naszych producentów żywności, którzy po wejściu do Unii osiągnęli duży sukces, a Polska szybko stała się jednym z głównych eksporterów żywności. Nasze saldo w wymianie handlowej w tym sektorze wynosi już 9,5 mld euro (trzecie największe w Europie).

W praktyce protekcjonizm oznacza na przykład częste inspekcje sanitarne, bojkot w mediach czy piętrzenie biurokracji. Byłoby łatwiej, gdyby polska żywność miała za granicą markę, a tak nie jest. – Niestety, nie zbudowaliśmy polskiej marki produktów żywnościowych, którą się wszyscy zachwycają. Potrzeba na to lat i pieniędzy na promocję – mówi Edward Bajko ze spółdzielni mleczarskiej Spomlek. Efekt? Choć na przykład w eksporcie serów dobrze rokuje rynek skandynawski, to tylko wtedy, jeśli wszystkie nazwy przetłumaczy się na lokalne języki. Jak dodaje Edward Bajko, polskie marki były silne tylko w Rosji – przed wprowadzeniem embarga. – Ale to już pewnie nie wróci – mówi.

Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej