Tego europejskiej branży finansowej było trzeba. W samym epicentrum kryzysu, w czasie największego od trzech lat spadku zaufania inwestorów do akcji europejskich banków, dla branży finansowej na chwilę zaświeciło słońce. W poniedziałek Alpha Bank i EFG Eurobank, drugi i trzeci wśród największych banków Grecji - do tego ostatniego należy nasz
Polbank, który jest przejmowany przez austriackiego Raiffeisena - ogłosiły wielką fuzję i nową emisję akcji o wartości 500 mln euro.
Greccy finansiści zobaczyli mannę spadającą z nieba. W wyniku fuzji powstanie 25. co do wielkości bank strefy euro, o aktywach 150 mld euro (prawie cztery razy tyle co aktywa PKO BP, największego banku w Polsce). Na dodatek zyska bogatego udziałowca - część nowych papierów obejmie za pośrednictwem swojego funduszu inwestycyjnego rząd Kataru, który już teraz ma 4,5 proc. udziałów w Alpha Banku. - Nowo utworzona instytucja będzie silna kapitałowo, co rozbudziło optymizm wokół nie tylko greckich instytucji finansowych, ale również banków w całej Europie - komentuje Łukasz Bugaj, analityk DM Banku Millennium.
Notowania francuskiego
BNP Paribas poszły w poniedziałek w górę o 2,5 proc., włoska Intesa zyskała 3 proc., zaś niemiecki Commerzbank - ponad 4 proc. Indeks giełdowy na parkiecie w Atenach wystrzelił aż o 14 proc. w górę, zaś notowania EFG Eurobanku poszły w górę w ciągu kilku godzin o... 30 proc.! A jeszcze w piątek grecki minister finansów przyznawał, że tamtejsze banki potrzebują więcej kapitału z powodu odpływu depozytów klientów. Rząd w Atenach uruchomił dla banków specjalną linię pożyczkową do 5 mld euro, obawiając się ich utraty płynności.
Na parkietach trwa fiesta, ale wkrótce się skończy. A wtedy wróci szara, skrzecząca rzeczywistość. W niedzielę, w tym samym czasie kiedy w Grecji dopinane były szczegóły wielkiej bankowej fuzji, Christine Lagarde, szefowa Międzynarodowego Funduszu Walutowego, ostrzegła, że niektóre europejskie banki będą potrzebowały dodatkowego zastrzyku kapitału, by zapobiec rozszerzaniu się kryzysu na kolejne kraje. - Ryzyko polega na przekształceniu kryzysu wypłacalności kilku krajów w zator płynności na całym rynku finansowym - ostrzegła Lagarde, cytowana przez Bloomberga.
Wszyscy pamiętają jesień 2008 r., kiedy po upadku
Lehman Brothers banki straciły do siebie zaufanie i przestały pożyczać sobie nawzajem pieniądze. To z kolei spowodowało zamknięcie kurków z kredytami dla firm i osób prywatnych i pogłębiło zapaść światowej gospodarki. Wiele miesięcy musiało upłynąć, zanim banki wznowiły działalność kredytową, a wiele kolejnych - zanim zaczęły pożyczać po rozsądnych cenach.
Europejskie banki mają mnóstwo obligacji wyemitowanych przez
zagrożone kraje. Jeśli z powodu zagrożenia spłaty tych długów bankowcy postanowią ograniczyć działalność pożyczkową, kryzysem mogą "zarazić się" kolejne kraje. Szefowa MFW zasugerowała w niedzielę, że część zasobów wartego 440 mld euro funduszu na ratowanie strefy euro mogłoby pójść na zasilenie kapitałem europejskich banków. - Najbardziej efektywne byłoby dokapitalizowanie banków z udziałem prywatnego kapitału, ale użycie pieniędzy publicznych też może być niezbędne - dodała.
O rosnącym ryzyku nadejścia kryzysu płynności w branży bankowej może świadczyć rosnąca góra pieniędzy, którą banki komercyjne lokują w Europejskim Banku Centralnym. Według tygodnika "Economist" obecnie banki trzymają w bezpiecznych skarbcach EBC we Frankfurcie już 126 mld euro, trzy razy więcej niż wynosiła średnia wartość depozytów w poprzednich miesiącach tego roku. Oprocentowanie pieniędzy w EBC jest niższe niż na rynku, co oznacza, że banki coraz mniej chętnie pożyczają pieniądze innym bankom komercyjnym.
Już kilka tygodni temu na rynku plotkowano, że jeden z azjatyckich banków obciął francuskim bankom linie kredytowe, obawiając się ich kłopotów finansowych. Mark Matthews, szef analityków w firmie inwestycyjnej Julius Baer, uważa, że fala nakładania sobie nawzajem przez banki limitów kredytowych może ruszyć nawet bez związku z wątpliwymi obligacjami posiadanymi przez te banki. Wystarczy kolejna znacząca przecena akcji dowolnego banku, by inne wciągnęły go na czarną listę.
Skąd wziąć pieniądze na pomaganie bankom i zachęcanie ich do prowadzenia akcji kredytowej? Część pieniędzy miałaby pójść z podatku od wszystkich transakcji finansowych zawieranych na terenie Unii. Według dziennika "Le Journal du Dimanche", który cytuje François Baroina, francuskiego ministra finansów, Francja i
Niemcy we wrześniu złożą konkretny projekt podatku w Komisji Europejskiej, zaś w listopadzie zatwierdzą je państwa należące do grupy G20.