- To kluczowe pytanie - zaczął Günter Verheugen, były komisarz unijny. - W amerykańskiej telewizji byłoby to pytanie za 1000 dol. - śmiał się.
Ale dyskusja była poważna. - Integracja europejska była w ostatnich czasach sukcesem. I dalej jest. Ale jesteśmy w trudnej sytuacji ekonomicznej. Mamy duży
dług publiczny, zagrożenie dla wzrostu - mówił Wilhelm Molterer, wiceprezes europejskiego Banku Inwestycyjnego. - Bez prawidłowego zarządzania gospodarczego nie pokonamy tego kryzysu - przekonywał. Jego zdaniem problem wynika m.in. z tego, że mamy XXI wiek, a w zarządzaniu gospodarką stosujemy metody z wieku XX. Ba, czasami nawet XIX. - A świat się zmienia, dlatego musimy poprawić zarządzanie gospodarką światową - tłumaczył. Jego zdaniem w ramach Unii Europejskiej nie jest do tego potrzebny wspólny rząd. - Błędem traktatu lizbońskiego było osłabienie roli Komisji Europejskiej. Teraz potrzebujemy jej wzmocnienia - mówił. Przekonywał też, że potrzebny jest
budżet europejski, który będzie miał więcej własnych środków, niezależnych od wkładu płatników netto.
- Potrzebne jest wzmocnienie unijnych instytucji, tak żeby mogły skutecznie interweniować w sytuacjach kryzysowych. Trzeba określić, kiedy rządy krajowe będą musiały ustąpić z części swoich kompetencji na rzecz instytucji unijnych - mówiła Ene Ergma, marszałek parlamentu Estonii. Jej zdaniem nawet jeśli w przyszłości nie uda się uniknąć kryzysów, to możemy się na nie przygotować, tak żeby ich skutki były mniejsze.
-
USA nie są w tym momencie wzorcem do naśladowania. Mieliśmy niedawno niesamowitą dyskusję o podniesieniu dopuszczalnego limitu zadłużenia - mówił Peter Chase, dyrektor na Europę Amerykańskiej Izby Handlowej. Jego zdaniem kryzys wynika z przyczyn politycznych i ekonomicznych. - Żeby z niego wyjść, nie potrzebujemy europejskiego ministra finansów, który stałby nad ministrami krajowymi. Nie potrzebujemy też nowych instytucji. Te, które są, powinny być jednak lepsze - przekonywał Peter Chase.
- Europa zawsze działa za późno. Powinna zmienić sposób podejmowania decyzji - przekonywał Eduardo Cabrita, przewodniczący komisji ds.
budżetu i finansów w parlamencie portugalskim. Jego zdaniem w sytuacji, kiedy w ramach UE mamy 27 systemów podatkowych, a nawet raje podatkowe, wewnątrz Unii powinniśmy zaciskać politykę fiskalną.
- Nawet gdybyśmy mieli unijny rząd, nie mielibyśmy gwarancji, że podejmowałby na czas potrzebne decyzje - mówił były premier Włodzimierz Cimoszewicz. Jego zdaniem taki rząd nie jest potrzebny, a jego powołanie jest obecnie niemożliwe. Wymagałoby nie tylko zmiany traktatu unijnego, ale też zmian w konstytucjach poszczególnych krajów. Także były premier przekonywał o konieczności wzmocnienia roli KE. - Trzeba się zastanowić, jak przekonać ludzi, że to potrzebne - mówił. Cimoszewicz tłumaczył, że jedyną szansą dla Europy na pozostanie w grze jest utrzymanie jedności. Dziś wielu obywateli Unii o jedności nie myśli. Problemem są też odradzające się ruchy nacjonalistyczne. Dlatego Cimoszewicz przekonywał o konieczności zacieśniania współpracy pomiędzy krajami Unii. - Musimy współpracować z USA, być atrakcyjniejsi - mówił.
- Dobra polityka krajowa, porządek w krajowej księgowości, to pomoże całej Unii - przekonywali zgodnie Ene Ergma i Peter Chase. - Siła Unii opiera się na sile państw członkowskich - mówiła marszałek parlamentu Estonii, kraju który nie ma problemów z deficytem budżetowym. - Nie wiem, czy obywatele zrozumieją, dlaczego wyposażamy instytucje unijne w coraz to nowe kompetencje - powątpiewała.
Zdaniem Wilhelma Molterera UE potrzebny jest
wzrost gospodarczy oparty na inwestycjach w przemyśle, badaniach i innowacyjności oraz infrastrukturze. - Powinniśmy też szukać takich rozwiązań, które zachęcą sektor prywatny do rozwoju. - Wzrost pomoże uzyskać też praca małych prywatnych przedsiębiorców, choćby fryzjerów. I rolników - mówił Peter Chase.
A były prezydent Ukrainy starał się podsumować tę dyskusję możliwie optymistycznie.- Kryzys jest najlepszym czasem na doskonalenie. On wymusza potrzebne zmiany - stwierdził.