- Gdzie nie ma rzeczywistej konwergencji, czyli bardzo wyrównanego poziomu gospodarczego między strefą euro a krajem aspirującym do wejścia do niej, nie ma co spieszyć się z przyjmowaniem wspólnej waluty - przekonywał Mateusz Morawiecki, prezes Banku Zachodniego WBK podczas krynickiego panelu o wzlotach i upadkach europejskich tygrysów. Jego zdaniem ofiarami takiego niedopasowania jest
Estonia,
Irlandia, a także
Bułgaria, która wprawdzie w Eurolandzie nie jest, ale kurs waluty ma na sztywno związany z euro.
- To nie jest tak, że małe rozwijające się państwo po prostu korzysta w strefie euro z niższych stóp niż wymagałaby kondycja tego kraju. Ono musi sobie z takimi stopami radzić - mówił Jim O'Leary, doradca w irlandzkim Ministerstwie Finansów.
Dyskusja dotyczyła niewielkich państw, które kryzys poturbował dotkliwie - głównie Estonii i Irlandii. Przed kryzysem państwa te rozwijały się bardzo szybko, m.in. za sprawą taniego kredytu. Niskie stopy procentowe w strefie euro doprowadziły do przegrzania koniunktury. - Przez 20 lat rozwijaliśmy się dzięki euro. Trzy duże szwedzkie banki prowadziły bardzo agresywną politykę w Estonii - mówiła Marje Josing, dyrektor Estońskiego Instytutu Badań Rynkowych.
Eksperci zwracali uwagę, że korzyści, które dostaje się wraz ze wspólną walutą, wymagają wyrzeczeń. Trzeba prowadzić odpowiedzialną politykę fiskalną, redukować deficyt i dług publiczny. - Tyle tylko, że w małych gospodarkach, otwartych, dużo eksportujących to przełożenie fiskalne jest ograniczone - ubolewał O'Leary.
Gdy przyszedł kryzys, do starych problemów małych państw doszły nowe - załamanie eksportu, recesja.
Polska mogła ratować wzrost PKB tym, że
złoty gwałtownie osłabł i eksport, choć mniejszy, wciąż zapewniał solidne zyski przedsiębiorstwom. W małych państwach, gdzie eksport stanowi znaczną część gospodarki (nawet 70 proc. PKB), skutki były znacznie gorsze. - Były firmy, które w ciągu kilku tygodni traciły wszystkie swoje zamówienia - relacjonowała Josing.
- Jeśli nie da się przeprowadzić dewaluacji swojej waluty - kraje euro takiej możliwości nie miały - to trzeba przeprowadzić dewaluację wewnętrzną, czyli obniżyć płace. To trudne, ale w Estonii udało się. Jeśli nie ma ani dewaluacji, ani obniżki płac, to kraj utrwala swoją niską konkurencyjność i ciężko mu wyjść z kryzysu - podkreślał Mateusz Morawiecki.
W Estońskim Instytucie Badań Rynkowych płace obniżone zostały o 20 proc. - Rząd podjął decyzję o wielkich oszczędnościach. U nas nie było pomysłów, by strajkować. Wiemy, że aby przetrwać, musimy być elastyczni, poświęcić musi się każdy - mówiła Marje Josing.
Dziś gospodarka Estonii znów szybko rośnie, ale Estończycy wiedzą, że to nie nagroda dana na zawsze. - Eksport rośnie już po 60-70 proc., ale cały czas patrzymy na to, co dzieje się na zewnątrz kraju, zwłaszcza w Szwecji i Finlandii. Zdajemy sobie sprawę, że jak znów coś zacznie się chwiać w tych państwach, to nasi producenci utracą kontrakty - dodała ekspertka z Tallina.