- Jeśli ktoś jest zbyt wielki, by upaść, to znaczy, że jest zbyt wielki - kategorycznie ocenił Ivan Miklos, minister finansów Słowacji.
Symptomatyczne jest, że najostrzejsze słowa można usłyszeć od ludzi, którzy system finansowy znają od podszewki.
Mark Allen, dyrektor w Międzynarodowym Funduszu Walutowym, nie pozostawił na bankierach i specjalistach od giełdowych transakcjach suchej nitki. - Nie możemy sobie pozwolić na taką ekspansję rynków finansowych jak przez ostatnie 40 lat - ostrzegał. I tłumaczył, że system finansowy powinien służyć realnej gospodarce, tymczasem główna aktywność rynków finansowych to unikanie podatków i unikanie regulacji.
Allen przywołał przykład Japonii - pod koniec lat 80., gdy w Kraju Kwitnącej Wiśni nabrzmiewała bańka spekulacyjna, spośród 20 największych banków aż 18 było japońskich. Bańka pękła i
Japonia wpadła w recesję, a później długą stagnację. W rezultacie dziś zaledwie jeden bank z Japonii mieści się w 20 największych.
Ludwik Sobolewski, szef warszawskiej giełdy, narzekał, że kryzys zawdzięczamy paradoksalnie temu, że rynkom finansowym pozwolono na zbyt dużą konkurencję. - Jest ona tak duża, że aż szkodliwa dla realnej gospodarce. - Pozwolono innym organizacjom niż giełdy obracać papierami wartościowymi. Mamy więc całą masę różnych platform. Ta sytuacja sprzyja nie emitentom i akcjonariuszom, lecz pośrednikom, zwłaszcza bankom inwestycyjnym - mówił.
Jeszcze ostrzej wypowiadał się Jan Krzysztof Bielecki, były premier RP, a później długoletni szef banku Pekao SA. - Dla mnie rola sektora finansowego jako samodzielnego sektora robiącego biznes jest wątpliwa. Dlatego w przeciwieństwie do innych banków nie sprzedawaliśmy w Pekao SA opcji jako instrumentów służących wyłącznie zarabianiu, lecz tylko opcje zabezpieczające przed ryzykiem kursowym.
Przypomnijmy, że bankierzy masowo proponowali klientom opcje, zachwalając, jak to będą na nich zarabiać, zupełnie niezależnie od profilu i sytuacji firmy. W rezultacie, gdy kurs złotówki w 2008 r. się załamał, setki firm straciło dziesiątki milionów złotych. - Traderzy uwielbiają zarabiać na nieistniejących równowagach - podsumował Bielecki.
Anatolij Milukow ze Stowarzyszenia Banków Rosyjskich pokazał istniejący wykres najważniejszego wskaźnika amerykańskiej giełdy Dow Jones. Po Wielkiej Depresji z lat 1929-33 giełda odbudowywała się bardzo powoli, stagnacja na giełdzie trwała nawet w latach 50. i 60., kiedy amerykańska gospodarka rozwijała się bardzo szybko.
Według Milukowa rynki finansowe w krajach wschodzących gospodarek będą rozwijać się znacznie szybciej niż dominujące do tej pory zachodnie. Ale prof. Stanisław Gomułka, były wiceminister finansów, raczej wątpił, że
Chiny szybko osiągną
PKB na głowę mieszkańca porównywalne z
USA. Mogą rozwijać się w tym tempie jeszcze przez 20-25 lat, ale potem tempo spadnie. Gomułka zgadzał się także, że udział sektora finansowego w PKB jest zbyt duży.
Jak powinien działać nadzór finansowy - pytał prowadzący dyskusję szef KNF Stanisław Kluza. Odpowiedział mu znowu Bielecki. - Gdyby nadzór finansowy działał prawidłowo, to w pewnym banku nie doszłoby do straty 5 mld euro - wypalił, robiąc aluzję do siedzącej trzy miejsca dalej menedżerki Société Générale Michaly Marcussen, która nie przyłączyła się do krytyki systemu finansowego. Société Générale stracił te pieniądze na nielegalnych i potajemnych operacjach jednego z pracowników Jerome Kerviel.
Z lewa i prawa dostawało się też agencjom ratingowym, które krytykowane są, że w porę nie ostrzegały przed kryzysem, a teraz nadal brakuje im wyważonego podejścia do ocenianych podmiotów. - Kiedyś oczywiste było, że to państwo jest najlepszym z kredytobiorców. Teraz często firmy są o wiele bardziej wiarygodne i przewidywalne. Ale nie zauważają tego agencje ratingowe - mówił Milorad Katnić, minister finansów Czarnogóry.
W rezultacie skutki decyzji agencji bywają zaskakujące. - Jedna z agencji obniżyła ocenę wiarygodności Stanów Zjednoczonych. W efekcie obserwowaliśmy napływ kapitału do USA. Biznes agencji ratingowych staje się groteskowy. I to może być nawet początek końca tej branży - pokusił się o wizjonerską wizję prezes NBP Marek Belka.
Banki centralne, ratując gospodarki swoich krajów przed skutkami kryzysu, obniżają
stopy procentowe praktycznie do zera. To zdaniem Belki jest kolejna forma wspierania banków, bo dzięki temu mają one dostęp do taniego finansowania. - Ta sytuacja jest nie do utrzymania. Ale jak epoka taniego pieniądza się skończy, to wiele banków może mieć twarde lądowanie - ostrzegał.
Problem w tym, że eksperci nie dają recepty, jak okiełznać rozbuchany rynek finansowy i przywrócić mu właściwe proporcje. - Zgodzę się, że mamy nową lekcję, ale nie zgodzę się, że jesteśmy mądrzejsi - podsumował dowcipnie prezes PKO BP Zbigniew Jagiełło.