To miał być kluczowy element całego planu ratowania Aten - udział prywatnych inwestorów w redukcji zadłużenia. Sektor prywatny przez miesiące opierał się takim planom, ale w końcu w lipcu ubiegłego roku podjęto zobowiązanie, że weźmie on na siebie część kosztów. Założono, że zadłużenie Grecji wobec inwestorów prywatnych spadnie o blisko połowę, czyli 100 mld euro.
Szczegóły porozumienia między rządem a bankowcami miały być ustalone do końca 2011 roku. Tymczasem Nowy Rok minął i nic. Dziś
Grecja ma nóż na gardle, gdyż już na początku przyszłego tygodnia zjawią się tam międzynarodowi inspektorzy monitorujący przebieg programu naprawczego. A bez tego porozumienia cały drugi pakiet pomocowy dla Grecji o wartości 130 mld euro tracił rację bytu.
Niepokój na rynkach czuć było już w czwartek, kiedy to zadecydowano, że rozmowy zostaną przeniesione na następny dzień. Ale piątek minął bez żadnych rozstrzygnięć, a ze strony sektora prywatnego dobiegały coraz bardziej niepokojące komentarze.
- Przedyskutowaliśmy wiele kwestii, jednak wiele kluczowych wciąż pozostaje nieuzgodnionych. Czas na osiągnięcie porozumienia ucieka - głosi komunikat Instytutu Finansów Międzynarodowych. - Rozmowy są w stanie krytycznym. Mogą zostać zerwane. Presja jest ogromna. Wszyscy uczestnicy tych kluczowych negocjacji muszą ocenić swoją odpowiedzialność, by uniknąć najgorszego. Konsekwencje porażki mogą być katastroficzne dla Grecji i Greków, dla Europy i Europejczyków - powiedział agencji AFP jeden z uczestników.
Greckie media podawały w piątek, że porozumienie między stroną rządową a bankami rozbiło się o oprocentowanie nowych obligacji, które mają być wyemitowane na zamianę dla dotychczasowych kredytodawców. Według dziennika "Kathimerini" banki chcą 5 proc., podczas gdy rząd jest skłonny zgodzić się na blisko 4 proc. To by oznaczało, że stopa redukcji mogłaby sięgnąć nawet 70 proc.
Frederic Oudea, prezes francuskiego banku Société Générale, który posiada spory pakiet obligacji z Hellady, przyznał, że negocjacje mogą zakończyć się w ciągu najbliższych kilku dni, a kredytodawcy mogą zgodzić się na umorzenie nawet większej części niż połowa długu. - Musimy być jednak ostrożni, by zachować równowagę. Nawet jeśli rządy obiecują, że Grecja będzie pojedynczym przykładem takiej operacji, to ta sprawa może wpłynąć na notowania obligacji innych państw - powiedział w wywiadzie dla "Les Echos".
Kolejne transze pomocy są już niezbędne Grecji. Tymczasem drugi pakiet, choć uzgodniony w październiku, nie jest jeszcze uruchomiony.
Ateny będą otrzymywać pieniądze tylko pod warunkiem, że tzw. trojka, czyli inspektorzy z Komisji Europejskiej,
Europejskiego Banku Centralnego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego, będą zadowoleni z przebiegu programu naprawczego, a plan redukcji zadłużenia będzie uzgodniony. Tymczasem ubiegłoroczny
deficyt budżetowy ma być wyższy od wcześniejszych założeń, a tempo obiecanych reform pozostaje mizerne.
Premier Grecji Lukas Papademos powiedział w piątek, że sektor prywatny powinien obniżyć
pensje pracowników, by w ten sposób zwiększyć konkurencyjność kraju. - Lepiej mieć działające zakłady pracy, nawet jeśli płacone w nich pensje będą niższe, niż zamykać zakłady i powiększać liczbę bezrobotnych - powiedział Papademos w greckim parlamencie.
W przyszłym tygodniu pracodawcy i pracownicy będą dyskutować nad sposobami poprawy konkurencyjności greckiej gospodarki. Związki zawodowe obawiają się znacznego obniżenia lub zniesienia premii bożonarodzeniowych i tzw. czternastki, którą dotąd zlikwidowano tylko w sektorze publicznym.
- Dopóki trwają negocjacje, rząd nie będzie interweniował - zapowiedział Papademos.