Jeszcze rok temu za euro płaciliśmy 3,8 zł, a za dolara 2,6 zł. W ciągu ostatnich 12 miesięcy zmiana kursu waluty zmieniła realia gospodarcze Polski.
Przygotowywane w 2010 r. prognozy Ministerstwa Finansów na 2011 r. przewidywały zupełnie inny scenariusz dla złotego niż ten, który miał miejsce. Średnioroczny kurs euro miał wynieść 3,75 zł, a dolara 2,88 zł. Tymczasem końcówka roku to euro blisko 4,5 zł, a dolar 3,5 zł. Co to dla nas oznacza?
Ból głowy ministra finansów Wysoki kurs złotówki najbardziej zmartwił ministra finansów. W czwartym kwartale ważyły się losy polskiego długu publicznego - jeśli jego wielkość w relacji do
PKB osiągnęłaby 55 proc., oznaczałoby to konieczność ostrych cieć wydatków. A im słabszy
złoty, tym większe zagrożenie, że nasz
dług publiczny przekroczy ten poziom.
Stąd nerwowe ruchy i huśtawka kursu złotego w ostatni dzień roku, kiedy ustalano kurs wymiany.
Słaby złoty martwi też NBP, choć z nieco innych powodów.
- Jeśli chodzi o kurs złotego, to przeżywamy okresowy
ból głowy, to komplikuje wiele spraw, komplikuje walkę z inflacją - mówił prezes NBP Marek Belka. Bo słabszy złoty sprzyja rosnącej inflacji, a ta sięgnęła w listopadzie 4,8 proc., czyli 2,3 pkt proc. powyżej celu NBP.
Żeby wzmocnić kurs złotego, NBP był rekordowo aktywny w drugiej połowie roku. Od września interweniował na rynku pięciokrotnie, pompując w rynek jednorazowo nawet kilkaset milionów euro. To w najmniejszym stopniu nie uszczupliło jednak poziomu rezerw NBP, które wzrosły w ostatnich miesiącach o kilka miliardów do poziomu 75 mld euro.
Ból głowy kredytobiorców Kolejną grupą, którą kurs waluty przyprawia o ból głowy, są kredytobiorcy. Najwięcej jest tych, którzy zaciągnęli kredyt we franku szwajcarskim, a jego kurs osiągnął niewyobrażalną jeszcze niedawno granicę 4 zł. To efekt zwyżki franka na rynku światowym. Sytuacja ustabilizowała się, dopiero kiedy Szwajcarski Bank Narodowy postawił tamę i zagroził, że zaleje rynek frankami i będzie skupował zagraniczne waluty w nieograniczonych ilościach. Jednak nie tylko ci, którzy zaciągnęli kredyty we franku szwajcarskim, są niezadowoleni. - Nawet osoby zapożyczone w euro w większości przypadków płacą wyższe raty, niż w momencie zadłużania się - tłumaczy analityczka Open Finance Halina Kochalska.
Ból głowy importerów Drogi złoty to droższe towary w Polsce. Widać to szczególnie po cenach benzyny na stacjach paliw. Polskie rafinerie za surowiec płacą w dolarach, więc rachunek jest prosty - droższy dolar to droższy surowiec, a koszty i tak przerzucane są na klientów. To właśnie drożejące towary z importu mogą przyczyniać się do zwyżki inflacji.
I w końcu turyści. Niestety, ceny wycieczek zagranicznych mogą wyraźnie pójść w górę. O ile w zeszłym roku biura podróży kontraktowały usługi, kiedy euro kosztowało ok. 3,9, to teraz może być to nawet 4,5 zł. Mocny złoty rodził pytania, czy biura podróży podołają zwyżce cen i nie dojdzie do bankructw.
Każdy, kto chce wyjechać na własną rękę, szybko policzy, że będzie musiał ponieść więcej wydatków.
Problemy międzynarodowe Deprecjacja złotego może okazać się "tragedią dla gospodarki" - ostrzegają od tygodnia litewskie media. Handel z Polską to ok. 7 proc. eksportu Litwy. Kiedy złoty słabnie w stosunku do euro i litewskiego lita, przedsiębiorcy mają problem ze sprzedażą na polskim rynku. Dziennik "Lietuvos Żinios" ostrzegał wczoraj, że jeśli zgodnie z prognozami Bloomberga kurs złotego spadnie do 0,6 lita, to dla litewskiego przemysłu będzie to oznaczało "tragedię". Krajowy eksport to bowiem nie wszystko. Słaby złoty wpływa również na zachowania konsumentów, a oni coraz częściej decydują się na zakupy w Polsce.
Radość eksporterów i ulga dla gospodarki Jednak nie wszyscy rwą sobie włosy z głowy, obserwując zniżkę złotego. Najwięcej powodów do szczęścia mają eksporterzy, do których coraz chętniej zgłaszają się klienci z zagranicy. Powód? Polskie towary stają się dla nich atrakcyjniejsze cenowo.
Zdaniem członka Rady Głównej Stowarzyszenia Eksporterów Polskich Mikołaja Oniszczuka deprecjacja polskiej waluty była ratunkiem dla wielu firm, które wysyłają towary za granicę. - Eksporterzy nie narzekają. Wręcz przeciwnie, uważają, że gdyby nie kurs złotego, z wieloma firmami byłoby nie najlepiej. Nawet jeżeli w kryzysie popyt na rynkach jest bardziej ograniczony i ilościowo eksport może spadać, wartościowo utrzymuje się i nadal jest opłacalny - wyjaśnia Oniszczuk. Wskazuje też, że dzięki słabemu złotemu eksport odnotowuje dwucyfrowy wzrost, a w przypadku rynków wschodnich dynamika sięga nawet 30 proc.
Słaby złoty to dobra wiadomość dla firm, które eksportują surowce za granicę rozliczane w dolarach. W Polsce nie ma wielu takich spółek. Największą jest KGHM. Właśnie między innymi dzięki spadkowi kursu waluty koncern podniósł prognozy zysku na ten rok do 11,1 mld zł.
Z drugiej strony ekonomiści podkreślają, że to właśnie zwiększenie atrakcyjności polskiego eksportu może mieć zbawienny wpływ dla całej gospodarki.
- Słabszy złoty pomógł nam utrzymać
wzrost gospodarczy w latach 2008-09, bo nasze towary były bardziej konkurencyjne za granicą - potwierdza nam Krzysztof Izdebski zarządzający funduszami Union Investment.
- To jest dobre dla gospodarki i całego społeczeństwa. Oczywiście niesie w sobie koszty dla osób, które zaciągnęły kredyty w walucie - mówił niedawno podczas jednego z wystąpień wicepremier Waldemar Pawlak.