To bardzo pojemne pojęcie, pod które łatwo podciągnąć np. link do filmu zostawiony w komentarzu. Albo zdjęcie na
blogu. Nie mówiąc już o serwisie
Wikileaks.
Prokurator może zażądać: • od operatora internetowego: zablokowania dostępu do strony (internautom z
USA); • od właścicieli wyszukiwarek: usunięcia z listy wyników wyszukiwania linków do stron podejrzanych o łamanie prawa (lub ułatwianie łamania); • od sieci reklamowych: odłączenia serwisu od reklam; • od pośredników płatności (Visa, PayPal): zerwania umowy.
Mają na to pięć dni. Czy jest prawo do odwołania? W teorii. Bo wątpliwe, by właściciel strony mógł zareagować w tak krótkim czasie.
"Podejrzanym" serwisem może zostać YouTube,
Facebook czy jakikolwiek inny, jeśli prokurator uzna, że strona została zaprojektowana w sposób ułatwiający naruszenie prawa.
Przestępstwem kryminalnym może być wykonanie publiczne (np. wrzucenie na YouTube własnej interpretacji popularnej
piosenki), jeśli doszło do niego 10 razy w ciągu pół roku i wartość tych wystąpień przekroczy 2,5 tys. dol. Przy czym pod uwagę bierze się wartość potencjalną. Jak pisze serwis Mashable, wystarczy, że nasz film z piosenką sprzedawaną za 99 centów zostanie obejrzany 2,5 tys. razy. By zostać kryminalistą, nie musisz na tym występie zarobić ani grosza.
Ustawa przewiduje immunitet dla sieci reklamowych czy operatorów, gdyby niesłusznie odcięły legalny serwis. Wystarczy, że działają "w dobrej wierze", opierając się na "wiarygodnych przesłankach". A to, sugerują przeciwnicy SOPA, szybko zamieni się w koncert życzeń Hollywood i branży muzycznej - powstaną czarne listy serwisów, a operatorzy zaczną je wycinać bez udziału sądów.
SOPA- dlaczego prezydent Szczecina też powinien protestować?