"Tango down. Sejm.gov.pl" - krótki wpis niczym ze szpiegowskiego filmu (oznacza "wróg wyeliminowany") pojawił się w sobotę wieczorem na Twitterze. I zaczął się niewidziany dotąd spektakl w polskiej sieci. Jedni chcieli poznać międzynarodową ustawę ACTA mającą na celu walkę z tzw. piractwem i podróbkami. Inni podłączyli się do sztucznie generowanego przez hakerów ruchu w sieci. W efekcie pod naporem tysięcy internautów kolejne rządowe strony padały jak muchy. Nie wytrzymały serwery resortu kultury i kancelarii premiera.
W niedzielę bombardowanie trwało. O 8 rano grupa
Anonymous napisała "
Polska rewolucja właśnie się zaczyna" i zaapelowała do "braci i sióstr w Polsce", by dołączyli do protestu przeciw ACTA. Część prawników uważa, że będzie miała ona negatywne konsekwencje dla wolności wypowiedzi czy prawa do prywatności. Jest też wielu przeciwnego zdania.
Wczoraj w różnych godzinach padały m.in. strony: ABW, Ministerstwa Obrony, CERT (organizacji zajmującej się bezpieczeństwem w sieci), PSL, rzecznika rządu Pawła Grasia.
Ten ostatni oberwał w sieci, bo w niedzielę w Radiu ZET powiedział, że "trudno mówić o ataku hakerów". I dodał, że fakt zablokowania dostępu do stron rządowych "wynika z ogromnego zainteresowania tymi stronami".
- Albo to mydlenie oczu w niewiadomym celu, albo ktoś nie wie, o czym mówi - komentuje wypowiedź Grasia płk Mieczysław Tarnowski, były wiceszef ABW. - To klasyczny przykład tzw. ataku DDOS, który polega na unieruchomieniu wybranych stron przez skierowanie do nich dużej liczby pytań.
Oberwały też strony wojska: Sztabu Generalnego i Służby Wywiadu Wojskowego. A nawet, choć na niespełna minutę, największy polski portal Onet.pl, za co zresztą grupa Anonymous przepraszała. Na YouTubie w weekend pojawiły się filmy przeciwko ACTA.
Blokowanie stron rządowych przypisuje się nieformalnej grupie hakerskiej Anonymous. W piątek atakowała witryny FBI i Departamentu Sprawiedliwości, gdy z sieci usunięto serwis Megaupload (użytkownicy wrzucali tu i ściągali stąd pliki z muzyką, grami, filmami i serialami). Anonymous bombarduje zwykle serwisy rządowe i firm, do ataku - dzięki specjalnemu programowi - może dołączyć każdy internauta.
- Wydaje mi się, że taka forma akcji jest złym protestem społecznym. Nie służy wyjaśnieniu, dlaczego i jak rząd zgodził się na ACTA. Nie wiadomo do końca, kto protestuje, jaki ma w tym cel. Jedyne, co można dobrego powiedzieć, to to, że zwraca uwagę na problem - mówi Alek Tarkowski, socjolog i dyrektor Centrum Cyfrowego Projekt: Polska. Dodaje: - Gdy w
USA protestowano przeciw podobnym ustawom, to Wikipedia nie namawiała nikogo do ataku na strony Kongresu.
Na Facebooku zaczęli się zwoływać przeciwnicy ACTA - w tym tygodniu chcą protestować w Warszawie,
Krakowie i w innych miastach.
- Z jednej strony mamy wolność internetu. Z drugiej - prawo do poszanowania praw autorskich, wysiłku tych, którzy nie chcieliby, żeby zupełnie za darmo ich dzieła były dostępne. Trzeba znaleźć
złoty środek - mówił wczoraj Graś. Dodał, że to problem światowy, o którym trzeba rozmawiać.
Czego akurat polski rząd w sprawie ACTA nie robił. Dlatego wczoraj opozycja rzecznikowi zarzuciła obłudę.
Dziś po południu premier ma się spotkać z ministrem administracji i cyfryzacji Michałem Bonim, ministrem kultury Bogdanem Zdrojewskim i przedstawicielem MSZ. Na razie Tusk wstrzymał się z podpisaniem upoważnienia, by przedstawiciel Polski podpisał w Tokio pakt. - To blokowanie stron odbieram jako swoistą akcję protestacyjną wynikającą z poczucia deficytu konsultacji ze społeczeństwem - mówi "Gazecie" Boni. - Zastanowimy się wspólnie, co z ustawą zrobić. Nie ma potrzeby podpisywania jej już teraz.
ACTA bez konsultacji to błąd - mówił Boni w poniedziałek rano w TOK FM.
Przeczytaj też komentarz Wojciecha Orlińskiego: Rządzie, ucz się od Amerykanów!