Przemysław Poznański: - Załóżmy, że nazywam się Cezary Pazura, dysponuję dobrym scenariuszem, gwarantuję świetną obsadę. Zdobycie pieniędzy na produkcję to czysta formalność? Cezary Pazura: - No właśnie nie! Żeby tak było! Po pierwsze trzeba zadać sobie pytanie: czy nazwisko Cezary Pazura gwarantuje powodzenie produkcji? Gwarantuje profesjonalnie wykonaną robotę - pojawiłem się w ośmiu z 10 najbardziej kasowych filmów, ale jako aktor. Oczywiście moje nazwisko sprawiło, że przy produkcji "Weekendu" łatwiej było mi dotrzeć do potencjalnych inwestorów. Ale jeśli zdobyłem pieniądze, to dlatego, że wierzyłem w scenariusz. Myślę, że każda osoba, która ma jakąś idee fixe, potrafi do niej przekonywać.
"Weekend" był pańskim debiutem reżyserskim, ale produkcją zajmował się pan wcześniej. Skąd ten pomysł? - W firmie
Sting Production, razem z Olafem Lubaszenką zrobiliśmy pierwszy "Sztos" [1997, reż. Olaf Lubaszenko]. Ale tak naprawdę zbytnio się nie zajmowałem samą produkcją, bardziej firmowałem ją nazwiskiem. W przypadku "Weekendu" [2011, reż. Cezary Pazura] i najnowszego filmu "Sztos 2" [2012, reż. Olaf Lubaszenko], wszystko wziąłem na swoje barki. A dlaczego? W latach 90. byliśmy z Olafem na fali. Powstawały największe hity, które żyją do dzisiaj, jak "Kiler" [1997, reż. Juliusz Machulski], "Sztos", "Psy" [1992, reż. Władysław Pasikowski]. Ale w życiu żadnego artysty fala wznosząca nie trwa do końca życia. Gdy ta fala mija, jedni odcinają kupony od popularności i grają w różnych dziwnych rzeczach. Ja postanowiłem spróbować czegoś innego w szołbiznesie - zorganizować produkcję filmową i reżyserować.
Dlaczego padło na "Weekend"? - Zaczęło się od pomysłu na reżyserię. Przeczytałem scenariusz i nagle zobaczyłem gotowy film. Powiedziałem sobie: kurczę, wiedziałbym, jak to zrobić. Pisarze mają natchnienie, a filmowcy? Może to też rodzaj natchnienia? Na początku nie myślałem jednak o produkcji - właścicielem scenariusza Lesława Kaźmierczaka była inna firma. Zaangażowałem się w projekt, zdobyłem obietnicę od prezesa Solorza-Żaka, że w koprodukcję zaangażuje się Telewizja Polsat i gdy miałem obiecaną ponad połowę pieniędzy, złożyłem wniosek o dofinansowanie do Państwowego Instytutu Sztuki Filmowej (PISF). Ale do produkcji nie dochodziło, bo właściciel praw był przez dwa-trzy lata zajęty innymi projektami. Pomyślałem, że jak tak dalej pójdzie, to stracę te wszystkie obietnice, zresztą zaczęto na mnie patrzeć jak na wariata: "Pazura sobie ubzdurał, że zrobi film". Postanowiłem więc odkupić prawa i zorganizować produkcję samemu. Założyłem spółkę, znalazłem koproducentów. Łatwo nie było, bo jest kryzys. Na wstępnym etapie zgłosił się do mnie duży deweloper i zaproponował, że sfinansuje całość, by potem nie dzielić się ewentualnymi zyskami. Ale w końcu wycofał się, bo właśnie kryzys, bo na giełdzie spadki.
Wiele pieniędzy - szczególnie na etapie preprodukcji - wyłożyłem z własnej kieszeni. Wspierali mnie też inni - od początku był ze mną kierownik produkcji, Darek Żmudziński, który zgodził się pracować dla mnie za jakieś grosze. Nagle okazało się, że mam firmę, mam scenariusz i mam
budżet na produkcję.
Film kosztował ponad 6 mln zł. - 6,265 mln zł. To tylko pieniądze na produkcję. A dochodzą jeszcze koszty i praca dystrybutora, czyli firmy ITI, oraz budżet reklamowy.
Zarobił 15 mln zł. Opłaciło się? - Wie pan, nie pamiętam, ile film zarobił. Nie jestem chyba typowym biznesmenem, bo sprawy finansowe zostawiam pani księgowej. Wiem natomiast, że nikt z koproducentów nie narzeka. Więc pieniądze chyba do nich wróciły. 800 tys. widzów, które na ten film poszło, to był ogromny sukces, to była jedna z największych widowni w pierwszym kwartale tego roku. Ale prawda jest taka, że jak pierwszy film się wyzeruje, to i tak jest bardzo dobrze. Drugi film może trochę zarobić, ale na pewno zarabia się przy trzecim filmie. Jestem pokorny wobec tych praw rynku. Liczyłem się, że moja firma na pierwszym filmie nie zarobi. Produkcja filmów to inwestycja, która zacznie się zwracać po pięciu latach.
Frekwencyjny sukces "Weekendu" pomógł w zdobyciu pieniędzy na "Sztos 2"? - Tak. Po sukcesie "Weekendu" zgłosił się do mnie
fundusz inwestycyjny Rubikon Partners, który został w połowie współwłaścicielem Cezar 10. Po "Weekendzie" otrzymałem też kredyt zaufania, bo nie przekroczyłem budżetu ani o 50 groszy, wręcz przeciwnie, jeszcze zaoszczędziłem. Nie przekroczyłem też ani o jeden dzień harmonogramu produkcji. Ja, debiutant! I to przy tak skomplikowanym filmie. To nie jest proste, bo wystarczy załamanie aury i jest pan "ugotowany". W Polsce nie ubezpiecza się produkcji filmu na kwotę, która by zrekompensowała ewentualne starty wynikające ze złej pogody, na to nie ma dość pieniędzy.
W przypadku "Sztosu 2" - którego budżet wyniósł ok. 6 mln zł - okazało się, że robimy film... historyczny. Na początku trochę zbagatelizowaliśmy fakt, że jego akcja rozgrywa się w latach 80., że rozpoczyna się 12 grudnia 1981 r., w przeddzień wprowadzenia stanu wojennego. Myślałem, że kostiumy z tamtych lat są na wyciągniecie ręki, a to tymczasem kostiumy historyczne. A ulice? Całe trzeba było zmieniać komputerowo. Na szczęście pieniądze się znalazły. Pozyskaliśmy koproducentów i pożyczki udzielił PISF.
Taką pożyczkę trzeba zwrócić? - Jeżeli film ma potencjał powyżej 400 tys. widzów, to pożyczkę musisz oddać. To bardzo utrudnia znalezienie inwestorów, ale tak już jest.
Ilu widzów pójdzie na "Sztos 2"[wszedł do kin 20 stycznia i był najpopularniejszym filmem podczas weekendu otwarcia, gromadząc 101,4 tys. widzów]? Czy pomoże fakt, że to kontynuacja przeboju sprzed lat? - Potencjalna widownia filmu to sprawa absolutnie nieprzewidywalna. "Sztos 2" to kontynuacja przeboju, owszem, ale właśnie sprzed lat. Ludzie, którzy traktują pierwszy "Sztos" jako film kultowy, są już prawie w moim wieku, albo nawet starsi. Pytam ich: "Wybierzesz się do kina?". "Nie, wiesz, już nie ma siły, zaczekam na DVD". Do kina chodzą młodzi ludzie. I dlatego ten projekt robiliśmy pod młodego widza, ale starając się znaleźć kompromis i zadowolić też tych, których przed laty zachwycił "Sztos". Film jest opowiadany bardzo nowocześnie, także dzięki zdjęciom Piotra Wojtowicza. Poza tym to film sensacyjny - nasi bohaterowie wchodzą w grę z ubecją, która skupowała w owych czasach walutę za pomocą cinkciarzy. Przy okazji jednak zabieramy widza w podróż w tamte lata z tymi wszystkimi hasłami w restauracjach, w rodzaju "klient nierozpłaszczony nie będzie obsłużony", z tymi dziwactwami typu "nie piję, bo oszczędzam na..." i pod spodem widok "malucha", koszmarnego auta marzeń wszystkich w PRL. Wydaje mi się, że "Sztos 2" odczaruje też trochę tamte czasy, bo pokazujemy je kolorowo i z przymrużeniem oka.
Ale z pewnością, jako producent, ma pan biznesplan, z którego wynika, ilu widzów się pan spodziewa? - Już na etapie scenariusza producenci i dystrybutor określają potencjał filmu i stwierdzają np., że powinien w weekend otwarcia zgromadzić 250 tys. osób na 130 kopiach. Potem dystrybutor ogląda pierwszą układkę, czyli materiał po wstępnym montażu i znów określa potencjał. Na koniec zawsze jest coś takiego jak pokaz kolaudacyjny. Po takiej kolaudacji dystrybutor decyduje czy wydać na reklamę milion, czy milion trzysta, czy półtora miliona.