Biznes Ludzie Pieniądze

Sztuka patentowania. Jak nie dać się okraść z wynalazku

Artur Włodarski
12.02.2012 , aktualizacja: 12.02.2012 23:07
A A A Drukuj
Za wcześnie? Źle. Za późno? Źle. Ale najgorzej - wcale. Jak patentować, by nie żałować?
Marcin Gędłek ze smartfonami głównych uczestników
Fot. Sławomir Kamiński/Agencja Gazeta
Marcin Gędłek ze smartfonami głównych uczestników "wojny patentowej" - iPhonem 4 Apple'a oraz Samsungiem Wave. W tle serwerownia Urzędu Patentowego RP, cyfrowa skarbnica ludzkiej pomysłowości kryjąca 14 tys. zgłoszeń wynalazków.
Artur Włodarski: Dzień dobry, mam pomysł na wynalazek. Ale nim go zdradzę, jakie to kurioza ludzie chcieli opatentować?

Marcin Gędłek*, Urząd Patentowy RP: Perpetuum mobile zdarza się dość często. Był czołg jonowy z takim napędem jak w serialu "Star Trek..."

Co było nie tak z czołgiem jonowym?

- To, że do prędkości 50 km/godz. rozpędzałby się... kilka dni. Miałby rację bytu tylko w kosmicznej próżni. Stąd kuriozalność tego pomysłu. Co jeszcze? Był alfabet...

Jak to „alfabet”?

- No łaciński, a, b, c itd. Kilka lat temu wpłynęło zgłoszenie uzasadnione dobrem Polski: "Polska bardzo by się wzbogaciła na opłatach licencyjnych pobieranych za korzystanie z alfabetu wszędzie na świecie". Odmówiliśmy.

Jakie warunki muszą być spełnione?

- By coś opatentować? Cztery: to coś musi mieć charakter techniczny, być nowe, posiadać poziom wynalazczy i nadawać się do przemysłowego stosowania.

Inne błędy, które popełniają wynalazcy?

- Za szybko ujawniają wynalazek. To musi być światowa nowość, dlatego do czasu zgłoszenia nie wolno pokazywać go publicznie czy publikować. W tym ostatnim celują zwłaszcza naukowcy, którzy uważają, że liczba publikacji jest miarą ich dorobku. A więc publikują i tym samym niweczą walor nowości i szansę na patent. Teraz się to zmienia - za patent przysługuje tyle punktów, co za publikacje w prestiżowych pismach. No i bywa, że naukowcy patentują rozwiązania praktycznie bezwartościowe. Wyłącznie dla punktów.

Kolejny błąd? Nie patentują czegoś, co na patent zasługuje. Bo nie przyszło im to do głowy albo nie docenili wartości komercyjnej pomysłu. Takich rzeczy jest mnóstwo nawet wśród tych codziennego użytku. Ale najbardziej spektakularny przykład to internet. Gdyby Tim Berners-Lee opatentował usługę WWW, kto wie, czy nie byłby największym beneficjentem rewolucji informatycznej, którą de facto wywołał, pozostawiając w tyle szefów Microsoftu czy Apple'a.

Choć wtedy internet wyglądałby pewnie inaczej.

- Zdaniem niektórych byłby uboższy, zdaniem innych - niekoniecznie. Mike Masnick, założyciel firmy Floor64 i autor popularnego blogu Techdirt, uważa, że zamiast globalnej sieci internauci poruszaliby się po poletkach obwarowanych licencjami, a uprawianych przez AOL, CompuServe, Prodigy czy innych dostawców usług online. Nie byłoby Google'a ani żadnej porządnej wyszukiwarki. Ludzie używaliby sieci raczej do konsumpcji niż komunikacji, nie byłoby blogów i Twittera. Nie byłoby nawet iPhonów, a co najwyżej jakieś kalekie AOL-Phony o nieporównanie mniejszych możliwościach.

Chyba nie mógłby nam tego zrobić!

- Opatentować WWW? Mógłby. Tak przynajmniej uważa Francis Gurry, szef Światowej Organizacji Własności Intelektualnej. I gdyby Berners-Lee to zrobił, patent wygasłby w połowie 2011 r. Czyli dopiero od kilku miesięcy moglibyśmy korzystać z html i stron WWW bez licencyjnych opłat. Co ciekawe, Gurry twierdzi, że internet byłby przez to lepszy i rozwijałby się szybciej pod warunkiem elastycznego systemu licencji. Przeciwnicy ACTA raczej się z tym nie zgodzą...

Inna rzecz, że czasem nie sposób ocenić potencjału wynalazku. Np. MP3 - najpopularniejszy w świecie sposób kodowania dźwięku - z początku wyceniano ledwie na... 40 tys. ECU [prekursorów euro]. A dziś z tytułu opłat licencyjnych przysparza Instytutowi Fraunhofera w Niemczech ponad 100 mln euro rocznie.

Jaki pech może jeszcze spotkać wynalazcę?

- Jeśli np. odkryje coś za szybko. Bo kiedy rozwiązanie wyprzedza epokę, leży na półce latami. I zanim ktoś je doceni, patent wygasa i śmietankę spija kto inny. Taki iPod: w zasadzie narodził się w 1979 r, tuż po debiucie walkmana - popularnego kaseciaka firmy Sony. Wtedy też został opatentowany. Ale nie przez Apple'a, tylko 23-letniego Brytyjczyka Kane Kramera. Jego przenośny odtwarzacz z centralnym czterokierunkowym przyciskiem do przewijania listy utworów mocno przypominał pierwszego iPoda, którego wyprzedził o dobre dwie dekady. Niestety, cena i dostępność pamięci RAM sprawiły, że pierwowzór iPoda mieścił tylko 3,5 min muzyki. Kramer nie zdołał ani go wdrożyć, ani na nim zarobić. Nie miał też 60 tys. funtów na odnowienie międzynarodowego patentu, który ostatecznie wygasł w 1988 r. 20 lat później doczekał się jednak uznania: firma Apple oficjalnie przyznała, że faktycznym wynalazcą iPoda jest Kane Kramer.

Coś takiego chyba nie zdarza się często.

- Już prawie wcale. Większym problemem, zwłaszcza polskich wynalazców, jest to, że nie patentują wynalazków za granicą. I bywa, że ktoś stamtąd rozpoczyna produkcję i zarabia na ich pomyśle. Tak było z testami DNA na raka piersi. W 1999 r. zespół naukowców ze Szczecina znalazł świetny sposób na wykrywanie wadliwych kopii genów BRCA1 i BRCA2. Ich test był 60 razy tańszy i 30 razy szybszy od innych - kosztował 50, a nie 3000 euro i dawał wyniki po dwóch dniach, a nie po dwóch miesiącach. Niestety, chronił go tylko polski patent. Zagraniczna konkurencja zaczęła go kopiować, a potencjalne wpływy z licencji mogące iść w setki milionów złotych zostały bezpowrotnie utracone.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • 2
  • 1
  • 1
  • 2
  • 1
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    27 głosów

Skomentuj:

Zaloguj się. Jeśli nie posiadasz konta zarejestruj się.

Komentarze (54)

  • nit21

    Oceniono 3 razy 3

    W Polskim urzędzie patentowym proces przyznania patentu trwa kilka lat. Informacje są udzielane bardzo niechętnie, nawet na tematy formalne, choć jest taki dział. Jeśli są informacje na stronie urzędu, to są to informacje bardzo ogólne i raczej dla dzieci. Dokumenty zanikają i trzeba się dopominać, nadzorować. Urząd nagania klientów Rzecznikom i namolnie zachęca do korzystania z ich usług, a nie udziela konkretnych informacji zrozumiałych dla inżynierów o swoich wymaganiach w kwestiach formalnych.

    Co do faktów innych niż w tekście.
    W stanach można opatentować ruch palcem po ekranie jak sposób uruchomienia aplikacji, u nas nie.
    Zaprezentowanie urządzenia, opisanie go w czasopiśmie fachowym nie odbiera prawa do patentu, a nawet jest wskazane, gdyż obowiązuje zasada pierwszeństwa, a za takie uważa się datę publicznie przedstawionego wynalazku. Więc można, a nawet trzeba, bo wtedy można szukać klienta na to rozwiązanie.
    Co do patentów. Opatentowanie wynalazku w Polsce czy w innym kraju, nie zabrania by taki patent potem zgłosić w innych krajach, także np. w Niemczech i to z klauzuli pierwszeństwa, czyli zgłoszenia go do Polskiego UPat. Czyli jak w Niemczech produkują testy metodą opatentowaną w Polsce. Można wystąpić o patent Niemiecki i innych krajów. A że ten patent był wcześniejszy, to ktoś kto produkuje tam po dacie Polskiego patentu, czyli metody tu przedstawionej, musiałby zaprzestać produkcji lub wykupić licencję. Jedyne rozwiązanie, gdy zaczął produkcję przed uzyskaniem polskiego patentu dla właściciela. I to jest bardzo możliwe, niestety, publikuje się dane w biuletynie Urzędu Patentowego o zgłoszonych wynalazkach, a wynalazek dostaje u nas patent po kilku latach i już można go ukraść. A kto w tym pomaga? Tu można się procesować z wytwórcą testów w Niemczech.. .
    Przykład ze stroną WWW. Strona WWW nie jest technologią i rozwiązaniem technicznym w Polskim rozumowaniu urzędu, więc u nas nie dałoby się tego opatentować. A może już dałoby się?

  • konto.do.komentarzy

    0

    "uważa, że zamiast globalnej sieci internauci poruszaliby się po poletkach obwarowanych licencjami, a uprawianych przez AOL, CompuServe, Prodigy czy innych dostawców usług online"
    Dawniej tak właśnie było. Dostawcy mieli własne sieci.

  • janczar42

    Oceniono 2 razy 2

    wychodzi na to,że nie ma co zawracać sobie tymi zawiłościami z patentami zawracać głowy - bo cholernie to drogie i nieskuteczne.!!!!!!!!!
    prędzej można chyba otrzymać nagrodę Nobla.!!!!!!!!

  • blanc

    Oceniono 9 razy 9

    Wywiad interesujący.

    Jednak bardziej interesujące byłoby, gdyby zostały przeprowadzone badania dotyczące powodu tak niewielkiej liczby zgłaszanych wniosków patentowych.
    W mojej opinii, poza samą procedurą, która część osób zniechęca do zgłoszeń, kolejnym praktycznie nie do przeskoczenia problemem jest opieszałość pracujących tam ludzi i praktycznie brak jakichkolwiek terminów które motywowałby ich do rozpatrywania wniosków i generalnie korespondencji tak "w miarę przyzwoitym" terminie. Nie twierdze, że wszystkich, jednak ja zetknąłem się z osobą z UP, która ma czas na wszystko i wniosek który został złożony chyba z 10 lat temu, dalej jest na etapie "sprawdzania". Na korespondencję z mojej strony, odpowiedzi przychodzą z datą ponad pół roku późniejszą, a sam UP daje bardzo krótkie terminy na odpowiedzi z mojej strony.

    Tak więc w moim odczuciu, popartym własnym doświadczeniem, ogromnym problemem są, nie tyle nawet skomplikowanie procedury, co pracujący tam ludzie, wykonujący w podkreślam mojej opinii pracę potwornie wręcz opieszale. Nie twierdzę że wszyscy, wystarczy, że jakaś część - ja na takiego jegomościa trafiłem. Właściwie to dwóch. To wg mnie jest głównym powodem dlaczego u nas tych patentów jest tak niewiele.

    Już dawno, po którejś z wizyt w UP, wyszedłem z przeświadczeniem, że praca tam to bajka, jak wygrana na loterii - bez pośpiechu, bez stresów, na wszystko jest mnóstwo czasu. Nie wiem tylko jak zarobki, ale może właśnie powodem tak wolnej "obsługi" jest być może zajmowanie się w czasie "siedzenia" w urzędzie czymś kompletnie innym?

    Piszę o moim odczuciu, być może kogoś krzywdzę, bo ta osoba się nie leni, tylko po prostu jej zestaw genów oraz doświadczenie i przyzwyczajenia nie pozwalają jej pracować trochę choć szybciej, a jeśli naprawdę ci ludzie uczciwie pracują bardzo dużo, to znaczy że system trzeba zmienić, bo tak naprawdę cierpią na tym osoby składające tam swoje wnioski.

    • nit21

      Oceniono 2 razy 2

      Moje doświadczenia są identyczne. Tu opublikują w biuletynie, a patentu latami nie ma i ktoś na świecie może rozpocząć produkcję. A nawet umówić się z nami porozmawiać, zainteresować szczegółami technicznymi i zniknąć.. . Rok na wydanie patentu lub odrzucenie wniosku, to dużo, a tu wiele lat idzie.

  • eol7

    Oceniono 7 razy 1

    Oj widze ze zaczelo sie urabianie spoleczenstwa ze nam ACTA jest potrzebna w celu ochrony patentowej. Tylko jakos niesmialo sie mowi o tym ze USA ma taka przewage patentowa nad nami ze my wiecej na tym stracimy niz zyskamy. O tym ze USA w 19 wieku same kradly patenty tez sie nie mowi.

  • semper1

    Oceniono 2 razy 0

    Jeżeli chodzi o wirujące koła samolotowe przy lądowaniu to w cięższych samolotach jest to powszechnie stosowane rozwiązanie . Koła są rozkręcane silniczkami elektrycznymi zamontowanymi w piastach , a ich szybkość obrotów jest sterowana komputerowo i dostosowana do prędkości lądowania tak aby poślizg na runway-u był jak najmniejszy...

    • Gość: Wzgórek Gellerta

      Oceniono 1 raz 1

      @semper1

      > Jeżeli chodzi o wirujące koła samolotowe przy lądowaniu to w cięższych samolotach jest to powszechnie stosowane rozwiązanie. Koła są rozkręcane silniczkami elektrycznymi zamontowanymi w piastach...

      Chyba w tych dużych pasażerskich Boeingach i Airbusach te silniczki bywają zepsute:-))
      Latam często i co i raz widzę obłoczki błękitnego dymu z opon.

    • gnago

      0

      @Gość: Wzgórek Gellerta
      A kiedy hamować? za pasem?

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX