Od wielu tygodni
Grecja i jej problemy nie schodzą z agendy spotkań europejskich przywódców. Unia Europejska oraz Międzynarodowy Fundusz Walutowy domagają się od rządu w Atenach wprowadzenia jeszcze bardziej drastycznych oszczędności sięgających około 1,5 proc. PKB, czyli ponad 3 mld euro. Chodzi m.in. o 20-proc. redukcję płacy minimalnej (obecnie wynosi 751 euro) czy zwolnienie w tym roku 15 tys. pracowników sektora publicznego. W weekend częściowo uzgodnili je greccy politycy wspierający "ekspercki" rząd Lukasa Papademosa. Ale nie było ostatecznego porozumienia.
To wystawiło na próbę nerwy europejskich przywódców. Bo dodatkowe oszczędności to podstawowy warunek zatwierdzenia drugiej pożyczki dla Grecji wartej 130 mld euro i ustabilizowanie sytuacji w tym kraju. - Greccy liderzy mają zobowiązania i muszą ich się skrupulatnie trzymać. Europa to miejsce, w którym każdy ma prawa, ale i obowiązki. Czas ucieka, musi dojść do porozumienia - mówił wczoraj francuski prezydent Nicolas Sarkozy na wspólnej konferencji prasowej w Paryżu z niemiecką kanclerz Angelą Merkel. Oboje poparli pomysł, by część dochodów Grecji szła na specjalne konto, które gwarantowałoby obsługę greckiego zadłużenia. Ideę specjalnego konta należy łączyć z pomysłem powołania przez eurogrupę organu kontrolnego nad greckim budżetem, tzw. komisarza budżetowego, który miałby prawo wetować większe wydatki greckiego budżetu.
Greków popędza też
Bruksela. - Prawda jest taka, że już przekroczyliśmy terminy - powiedział Amadeu Altafaj, rzecznik komisarza UE ds. gospodarczych i walutowych.
Rząd w Atenach jest między młotem a kowadłem. Z jednej strony czuje nacisk Europy, z drugiej - Greków. Związki zawodowe załamane wizją kolejnych oszczędności ogłosiły na wtorek strajk generalny. Trudno się dziwić ich desperacji. Przez ostatnie dwa lata rządy w Atenach wprowadziły oszczędności sięgające w sumie kilkadziesiąt miliardów euro. Z danych zależnego od resortu pracy instytutu pracy i zasobów ludzkich wynika, że od I kw. 2010 roku do III kw. 2011 roku koszty pracy w Grecji spadły o 14,3 proc.
Grecja od wiosny 2010 roku funkcjonuje dzięki pożyczce od MFW i krajów strefy euro sięgającej 110 mld euro. Do tej pory
Ateny dostały 73 mld euro (ale wypłaty kolejnych transz zależą od tego, czy reformy idą zgodnie z harmonogramem). Grecki rząd 20 marca będzie musiał wykupić swoje obligacje warte około 14,5 mld euro. A takich pieniędzy na razie nie ma.
Oprócz wymaganych oszczędności Grecja stara się dopiąć porozumienie w sprawie redukcji zadłużenia z prywatnymi instytucjami finansowymi. Chodzi o zmniejszenie ciągle rosnącego greckiego długu publicznego o około 100 mld euro (oraz zastąpienie starych obligacji nowymi o dłuższym
terminie zapadalności i niższym oprocentowaniu). Z najnowszych danych Eurostatu wynika, że po III kw. 2011 roku dług publiczny Grecji sięgnął 347,2 mld euro (ponad połowa z tego względem prywatnych instytucji, np. banków), czyli 159,1 proc. PKB.
W weekend Josef Ackermann, szef Deutsche Banku i jednocześnie Instytutu Finansów Międzynarodowych skupiającego największe firmy z sektora finansowego, powiedział, że "prywatny sektor jest bardzo hojny, oferując swoje straty na poziomie 70 proc.". Wezwał też, by inni wierzyciele Grecji poszli w ich ślady. Jednym z największych wierzycieli Grecji jest
Europejski Bank Centralny, który ma greckie obligacje warte kilkadziesiąt miliardów euro.