Jacka P., b. prezesa, jego zastępcę oraz Bogusława Z. i Grzegorza A., b. udziałowca Leoparda,
policja zatrzymała w środę po południu na polecenie krakowskiej prokuratury okręgowej. Żaden z nich nie przyznał się do zarzutów. Tylko Bogusław Z. zeznawał. Pozostała dwójka odmówiła wyjaśnień. Wczoraj po południu prokuratura ogłosiła, że wystąpi z wnioskiem o ich tymczasowe aresztowanie.
Sprawa Leoparda to jedna z największych afer deweloperskich ostatnich lat w
Krakowie. Firma na fali budowlanej hossy postanowiła budować w atrakcyjnych punktach miasta, m.in. przy ul. Wierzbowej. Na brak chętnych deweloper nie narzekał. Kusiła
ekskluzywna lokalizacja blisko samego centrum Krakowa. Ale budowa przy Wierzbowej przedłużała się. W 2008 r. wybucha bomba: deweloper zażądał od klientów dopłat od dwóch do czterech tysięcy za metr kwadratowy, mimo ostatecznych cen w umowach przedwstępnych. Większość płaciła, ale to nie pomogło: kilka miesięcy później Leopard ogłosił upadłość. Budowy największego bloku nie dokończono.
To jednak niejedyna niespodzianka, jaka czekała nabywców mieszkań. Okazało się bowiem, że deweloper zawarł wielomilionową umowę pożyczki na wysoki procent z amerykańskim funduszem Manchester, której nie zwrócił. A jej zabezpieczeniem są hipoteki mieszkań. Klienci, kupując je, nic o tym nie wiedzieli. Kiedy upadł Leopard, zostali bez mieszkań, pieniędzy i na szarym końcu listy wierzycieli. Jak wyliczyła prokuratura, oszukanych jest ponad 200 osób. Od kilku lat bezskutecznie toczą dramatyczną walkę o swoje
mieszkania i utopione w nich pieniądze. Niektórzy wpłacili bowiem za nie nawet półtora miliona złotych. Zrozpaczeni szukają pomocy w prokuraturze, u polityków i w rządzie.
Prokuratura przez ponad trzy lata szukała dowodów potwierdzających, że szefowie spółki świadomie ich oszukali. - To wyjątkowo żmudne i drobiazgowe śledztwo, wymagające nie tylko przesłuchania poszkodowanych, ale przede wszystkim wnikliwego przeanalizowania dokumentacji finansowej spółki, zbadania przepływu pieniędzy, by przede wszystkim ustalić jej stan w momencie podpisywania umów - tłumaczy długotrwałość postępowania Bogusława Marcinkowska, rzeczniczka krakowskiej prokuratury. Kluczowa dla śledztwa okazała się opinia biegłego z zakresu finansów i księgowości. Prokuratura czekała na nią ponad rok. To ona przesądziła o zarzutach dla szefów i udziałowca Leoparda. - Wprowadzili w błąd klientów co do możliwości finansowania tej inwestycji, przeznaczenia na ten cel wpłat od kupujących mieszkania i wywiązania się z umów przedwstępnych dotyczących ich sprzedaży - tłumaczy prokurator Marcinkowska. Chodzi o gigantyczne pieniądze: ponad 55 milionów złotych, które stracili klienci, ale też i podwykonawcy na budowie (nie zapłacono im za pracę). Ale to nie koniec zarzutów: zdaniem prokuratury b. prezesi i Grzegorz A. działali na szkodę spółki, przepłacając ponad 33 miliony złotych za kupowane
nieruchomości.
Jak zaznaczają śledczy, wczorajsze zarzuty dla były szefów Leoparda na razie dotyczą tylko inwestycji przy ul. Wierzbowej. - Wciąż kwestią otwartą są decyzje w sprawie pozostałych dwóch inwestycji - przy ul. Twardowskiego i Kijowskiej, które też objęte są tym śledztwem - zaznacza prokurator Marcinkowska.
- Decyzja prokuratury pokazuje, że nie byliśmy naiwnymi klientami, którzy nie popatrzyli uważnie do umowy, jak się uważało, tylko ofiarami oszustwa, o czym od początku mówiliśmy - komentuje zatrzymania Tomasza Pala, wiceprezes Stowarzyszenia "Wierzbowa", założonego przez poszkodowanych klientów Leoparda. Ale do odzyskania przez nich mieszkań droga jeszcze bardzo daleka. Czy się skróci, zależy w dużym stopniu od dzisiejszego wyroku w Sądzie Najwyższym dotyczącego obciążenia hipotek na rzecz funduszu Manchester. Poszkodowani klienci Leoparda wystąpili bowiem do sądu o ich uwolnienie. W ubiegłym roku Sąd Okręgowy w Krakowie przyznał im rację. Sąd apelacyjny był jednak innego zdania i utrzymał hipoteki na mieszkania. Dzisiaj Sąd Najwyższy ma rozpatrzyć kasację oszukanych klientów.
Na razie mogą tylko bezradnie patrzeć na pusty blok przy Wierzbowej. - Budynek niszczeje, naszym zdaniem nie jest odpowiednio zabezpieczony. Dwa lata temu część podziemną zalała woda, wcześniej przeciekał dach, zdarzały się dewastacje. A my nie mamy nawet do niego dostępu - mówi Pala.