Obama wystąpił w poniedziałek nie w Białym Domu, tylko w komunalnym college'u NOVA na przedmieściach Waszyngtonu. Chciał w ten sposób podkreślić, że jego priorytetem są inwestycje w rozwój i edukację młodych Amerykanów, żeby mogli łatwiej znaleźć
pracę. Obiecał stworzenie specjalnego funduszu 8 mld dol. na wsparcie dla komunalnych college'ów w całym kraju.
- Nie bójcie się, nie będę wam czytał całego
budżetu - żartował prezydent, były profesor prawa na Harvardzie, który wśród studentów czuł się jak zwykle znakomicie. Przekazany wczoraj pod rozwagę kongresmanów plan dotyczy nie tylko najbliższego roku fiskalnego zaczynającego się jesienią, ale całej dekady. Przewiduje on m.in. inwestycje rzędu 500 mld dol. w autostrady, lotniska itp. W ten sposób Obama chce stworzyć kolejne miejsca
pracy.
Budżet nie ma jednak najmniejszych szans w zdominowanym przez prawicę Kongresie, ponieważ prezydent i Republikanie od pewnego czasu mówią zupełnie innymi językami. Dla niego wciąż ważne są inwestycje, dla nich - głównie obcinanie wydatków. Dług publiczny
USA wynosi już 15 bln dol., a od kilku lat przybywa ponad bilion rocznie. W bieżącym roku (czyli do końca września) deficyt wyniesie 1,3 bln dol. W przyszłym (czyli od października 2012 do września 2013) Obama zamierza go po raz pierwszy wyraźnie zmniejszyć - do 900 mld dol. Ale to trochę jak obiecywanie gruszek na wierzbie - bo nie wiadomo, czy za rok będzie jeszcze prezydentem.
Przez całą dekadę Obama przewiduje zmniejszenie deficytu o 4 bln dol., ale z tego przynajmniej 850 mld dol. to sztuczka księgowa - jako planowane "oszczędności" zaksięgowane są pieniądze, które nie zostaną wydane na wojny w Iraku i Afganistanie, których i tak przecież nie zamierzano toczyć przez najbliższe 10 lat. Następne 1,5 bln deficytu zniknąć ma dzięki podwyżce podatku dla najbogatszych, na co Republikanie absolutnie nie chcą się zgodzić.
"Sprawiedliwe" podatki były jednym z głównych motywów wczorajszego wystąpienia Obamy w NOVA (są zresztą refrenem wszystkich jego przemówień). - Nie ma powodu, żeby milionerzy i miliarderzy płacili niższe stawki podatkowe niż ich
sekretarki. Warren Buffett i ja mamy się dobrze, możemy oddać trochę więcej. Wy nie możecie! - stwierdził Obama. Po raz n-ty nawiązał tym samym do Buffetta, nr dwa na liście najbogatszych Amerykanów, który w zeszłym roku wzywał do podniesienia podatków najbogatszym.
Z końcem roku 2012 wygasają ulgi podatkowe dla najbogatszych (zarabiających ponad 200 tys. dol. rocznie), które wprowadził jeszcze George W. Bush. Obama nie zamierza ich przedłużać. Planuje też drastyczne zwiększenie podatków dla akcjonariuszy inkasujących dywidendy - z obecnych 15 proc. do 35 proc. (czyli do poziomu najwyższej stawki od dochodów z umowy o pracę).
- To byłyby największe zwyżki podatków w historii Ameryki! - alarmował republikański senator Kelly Ayotte. On i jego partyjni koledzy przestrzegają, że wyższe podatki dobiją gospodarkę, bo dodatkowo obciążą biznesmenów i tak borykających się z kryzysem i azjatycką konkurencją.
W niekończącej się debacie o podatkach Republikanie skrzętnie przemilczają jednak to, że obecnie bogacze płacą najniższe podatki od dziesięcioleci. Sztandarowym przykładem jest republikański kandydat na prezydenta, multimilioner Mitt Romney, który w ostatnich dwóch latach oddał państwu zaledwie 14 proc. z zarobionych 43 mln dol.
Prawica w kółko powtarza, że niskie podatki to rozwój gospodarki, a wysokie - zastój. Jednak niedawna przeszłość tego zupełnie nie potwierdza. Za rządów Billa Clintona podatki były wysokie, a gospodarka rozwijała się znakomicie. Za rządów Busha i Obamy są niskie, ale najpierw przyszedł kryzys, a potem stagnacja.
Obie strony - administracja Obamy i Republikanie - okopały się na swoich pozycjach i czekają na wybory. Wszelkie debaty budżetowe będą mieć charakter propagandowy. Dopiero w listopadzie, kiedy wybrani zostaną prezydent, kongresmani i jedna trzecia senatorów, będzie można się zastanawiać, jak naprawdę będą wyglądać przyszłe budżety i deficyty Ameryki.