Mam 58 lat, z czego przepracowałam 38. Praca za biurkiem - niby nic. Media ciągle podkreślają, że urzędnik pije kawę i najczęściej jest nieuprzejmy dla klienta/petenta, ale to tylko bajka.
W mojej firmie obsługuję klientów przez osiem godzin z 10-minutową przerwą na herbatę. Jest to cały czas
praca z ludźmi , bardzo odpowiedzialna, stresująca.
Po całym dniu jestem szczęśliwa, że wracam do domu i mogę się wreszcie odprężyć. Przejrzeć prasę codzienną i w spokoju wypić filiżankę herbaty. To tyle, bo już na nic więcej nie mam czasu. A chciałabym skorzystać z basenu, pójść na długi spacer, fitness, "rozciągnąć" kręgosłup, który ma prawo odmówić posłuszeństwa po tylu latach za biurkiem. Nie wspomnę już o wzroku, który z roku na rok się pogarsza ze względu na ciągłe ślęczenie przed ekranem monitora. Staram się być dzielna, miła, zaciskam zęby i pracuję dalej, żeby tylko jakaś choroba mnie nie dopadła.
Zadaję sobie pytanie, dlaczego w dyskusjach, sondażach nie wypowiadają się osoby, które pracują w podobnych warunkach jak ja, gdzie jeden klient odchodzi, a drugi już zajmuje jego miejsce, bo się denerwuje, że tak długo czeka.
Myślę, że pracując prawie 40 lat, zasłużyłam sobie na skromną emeryturę. Koleżanka z
pracy, przechodząc na wcześniejszą emeryturę, dostaje większą emeryturę, niż ja pracując obecnie. Wszyscy oszczędzamy, firma również.
Pytam się więc, po co ten ciągły stres, gonitwa i nieustanne zapewnianie w mediach, że pracując do 67. roku życia, będziemy mieli zapewnioną wyższą emeryturę? Ja już nie mam złudzeń.
Jeżeli chce się przedłużyć wiek emerytalny, to wszystkim grupom zawodowym. Młodzi ludzie w wieku 35 lat (mundurowi) są już na "zasłużonej" emeryturze. Dlaczego nie można by było wydłużyć im stażu pracy do 35 lat? To chyba nie za dużo?
Premier Tusk w swoim exposé jasno i dobitnie stwierdził, iż będzie dążył do przedłużania roku emerytalnego od 2013 roku, co trzy miesiące. A inni to co, święte krowy? Lepiej nie ruszać mundurowych, bo się rozzłoszczą i wyjdą na ulicę. Reszta natomiast może pracować prawie do 70 lat.
Jeszcze raz powtarzam, że jeśli mamy zapracować na swoje emerytury, to wszyscy, a nie tylko "wybrańcy", w tym ja. Nie przeszłam na emeryturę w wieku 55 lat, więc w wieku 60, ale to i tak mało, trzeba jeszcze dowalić od 2013 roku trzy miesiące tym, co uczciwie odprowadzają podatki i składki (rentowe, emerytalne) do ZUS-u, czyli pół mojej pensji.
W mediach ciągle się podkreśla, że nasz wiek życia się wydłuża i z tego powodu mam pracować 50 lat i tylko żyć
pracą niczym robot? Chyba nie o to chodzi?
Po latach pracy, ciągłej gonitwie, wychowaniu, wykształceniu
dzieci, kiedy zdrowie jeszcze w miarę dopisuje, chcę oddychać pełną piersią, cieszyć się życiem, zajmować się tym, na co nie miałam czasu w czasie pracy. Wycieczki i spacery jesienią po górach, spotkania z przyjaciółmi, wizyta w muzeum, kinie, zrobienie wielu pożytecznych rzeczy nie tylko dla siebie, ale i dla innych.
Ciągle porównuje się sytuację kobiet na Zachodzie, które pracują dłużej niż Polki, ale trzeba dodać, że za godną płacę, a po przejściu na emeryturę nie liczą każdego grosza jak my.
Nie chciałabym z siebie robić męczennicy, która pracuje i narzeka, bo przecież nie każdy w moim wieku ma tyle szczęścia, że w ogóle pracuje. Nie narzekałabym, gdyby była to praca komfortowa z adekwatną do niej wysoką pensją, dającą zadowolenie i satysfakcję. Nie jest to tylko moje odczucie, ale również współpracownic, przed którymi jeszcze dobre 20 lat pracy, które już w tej chwili są zmęczone i wypalone. Wszystkie czekamy na upragnioną, wolną sobotę.
Chciałabym jeszcze nadmienić o rzeszach rzekomych rencistów, ludziach de facto zdrowych, którzy pracują w szarej strefie, nie odprowadzając podatku. Może lekarze orzecznicy powinni być bardziej dokładni? To ja - przeciętna obywatelka tego kraju - i rzesze mi podobnych utrzymujemy ich i pracujemy za nich.
Pozdrawiam,
Ciągle "prawie" emerytka