Po obejrzeniu najnowszych danych GUS o zatrudnieniu i wynagrodzeniach można mieć wrażenie, że jedną nogę włożyło się do wiadra z zimną wodą, a drugą - z gorącą. Taką bowiem zmienną temperaturę dane te mają.
Większość z nas zapewne najbardziej interesuje kwestia tego, ile zarabiamy, i ile za to możemy kupić. W grudniu cieszyliśmy się, że przeciętna płaca w sektorze przedsiębiorstw (do którego nie zalicza się m.in. najmniejszych firm, budżetówki i sektora finansowego) po raz pierwszy w historii przekroczyła 4 tys. zł. Pesymiści zaraz jednak przypominali, że roczny wzrost wynagrodzeń nie przewyższył wzrostu płac. A to oznacza, że realnie stać nas było na mniej.
Styczeń przyniósł odwrócenie tej sytuacji. Tzw. średnia krajowa była o 350 zł mniejsza. To jednak zrozumiałe, gdyż to w grudniu wypłaca się różne bonusy i premie.
W porównaniu ze styczniem 2011 r.
pensja wzrosła w ubiegłym miesiącu aż o 8,1 proc. - Wzrost płac wspiera fakt jednego dnia roboczego więcej w porównaniu do stycznia 2011 r. - zwraca uwagę Janusz Dancewicz, główny ekonomista DZ Banku.
W tym samym czasie wzrost cen (czyli
inflacja) zwolnił do 4,1 proc., więc realnie mieliśmy spory (4-proc.) wzrost pensji, niewidziany od wielu miesięcy.
Niektórzy zastanawiają się nad tym, czy aby nagły wzrost pensji nie jest reakcją na żądania pracowników, którym mocno już dał się we znaki wzrost cen. Z badań oczekiwań inflacyjnych, jakie prowadzi NBP, wynika, że Polacy wciąż obawiają się, że ceny będą rosły bardzo szybko.
Z drugiej jednak strony wydawałoby się, że mało komfortowa sytuacja na rynku
pracy nie wzmacnia pozycji pracowników w negocjacjach płacowych.
Zdaniem Wiktora Wojciechowskiego z Invest Banku płace w kolejnych miesiącach będą rosły wolniej. - Od lutego będą hamować także za sprawą podwyżki składki rentowej, która podnosi całkowite koszty zatrudnienia. Firmy mają mniejsze możliwości podnoszenia pensji pracownikom - wyjaśnia.
Równie skomplikowanie wygląda sytuacja z zatrudnieniem w sektorze przedsiębiorstw. W styczniu wynosiło ono 5 mln 551 tys. Było to o 47 tys. etatów więcej niż w grudniu - taki wzrost w okresie sezonowego ubytku miejsc pracy jest wyjątkowy. Trzeba na niego spojrzeć także z rocznej perspektywy - w porównaniu ze styczniem 2011 r. zatrudnienie zwiększyło się bowiem o 0,9 proc. To z kolei niewiele, bo jeszcze w grudniu dynamika wynosiła 2,3 proc.
Te zawirowania analitycy tłumaczą aktualizacją liczby firm, które zatrudniają powyżej 9 osób (takie przesyłają raporty do GUS). Podobne wahnięcie, tylko w drugą stronę, obserwowaliśmy rok wcześniej.
Zdaniem Piotra Kalisza, głównego ekonomisty City Handlowego, styczniowe dane z
rynku pracy należy traktować ostrożnie, dopiero te za luty i marzec pokażą, jak wygląda naprawdę sytuacja. Jego zdaniem będzie ona nadal powoli się pogarszać - tak jak to było pod koniec ubiegłego roku.