iTaxi to pomysł spółki eo Networks zajmującej się tworzeniem oprogramowania na zamówienie dla firm, głównie z branży finansowej, telekomunikacyjnej i mediów. Jej prezes Stefan Batory z Wejchertem zna się od kilkunastu lat. - Jeszcze z czasów portalu Ahoj.pl, razem tworzyliśmy stacjonarny internet. A teraz przyszedł czas na internet mobilny - mówi były szef Onetu. Wejchert odszedł z TVN i ITI w grudniu ub.r., sprzedając akcje w holdingu. Rynek szacował ich wartość na kilkaset milionów złotych.
Jak działa iTaxi? To dwie aplikacje - jedna dla kierowcy, druga dla pasażera. Nie ma dyspozytora, który przyjmuje zlecenie i szuka wolnego kierowcy. Pasażer włącza iTaxi na smartfonie (na razie działa na systemie iOS i
Android). I widzi ikonki taksówek, które znajdują się w pobliżu. Może podejrzeć nazwę korporacji taksówkarskiej (w pilotażu bierze udział Merc Taxi), rok produkcji auta i stawkę za kilometr. Klient wskazuje na mapie miejsce, gdzie taksówka ma podjechać. Kierowca widzi zlecenie na swoim smartfonie, może je przyjąć lub odrzucić. Gdy dojedzie na miejsce, smartfon poinformuje o tym pasażera. Zresztą będzie widać, jak taksówka się zbliża, aplikacja ma też podawać, korzystając z danych
Google'a, szacowany czas dotarcia na miejsce.
Jak nowa spółka iTaxi, w której Łukasz Wejchert jest mniejszościowym udziałowcem, chce na tym zarabiać? Stałą opłatą za kurs (a właściwie za przyprowadzenie klienta do taksówki). Ile ona dokładnie wyniesie, tego iTaxi nie zdradza. Chce też oferować firmom elektroniczne vouchery.
Dziś taksówkarze jeżdżący pod szyldami korporacji płacą im stałą opłatę miesięczną (zwykle kilkaset złotych), do tego dochodzą opłaty np. za terminal do kart płatniczych.
- Szacujemy, że średnio taksówkarze oddają 4,5-6 zł za kurs. U nas będzie to mniejsza kwota - mówi Batory. Jak duży to rynek? iTaxi szacuje, że w Polsce jeździ ok. 200 tys. taksówek, z czego w
Warszawie, gdzie spółka zaczyna pilotaż usługi, prawie 8 tys. - Miesięcznie wychodzi ok. półtora miliona kursów, stołeczny rynek jest wart ok. 50 mln zł - podaje spółka.
W stworzenie iTaxi oraz urządzenia spółka zainwestowała w sumie kilka milionów złotych. Kiedy zamierza osiągnąć rentowność, tego nie zdradza. Aby się rozepchać na rynku, chce kierowcom dawać swój system i
smartfony - do tysiąca złotych, także z abonamentem do przesyłu danych - za darmo. Na razie są w 16 taksówkach, do końca marca spółka chce, aby iTaxi był w 300 taksówkach, na Euro 2012 - w tysiącu.
Korporacje nie czują się zagrożone. - To jest produkt, który wprowadzają osoby bez znajomości specyfiki rynku. Gdzieś widać słuszny pomysł, ale sposób jego wdrażania... nie tędy droga - mówi "Gazecie" Artur Oporski, dyrektor generalny Ele Taxi. Twierdzi, że firma nie będzie zakazywała kierowcom używania iTaxi. - To jak pasażer zabrany z postoju - mówi.
Ele Taxi w marcu samo wprowadza aplikację na smartfony do zamawiania taksówek. Jak mówi Oporski, ma - poza iOS i Androidem - działać także na BlackBerry i
Windows Phone. W Warszawie będzie obsługiwało taksówki Ele Taxi, w innych miastach - sieci rekomendowane przez Ele. Różnica? To wciąż będzie komunikacja z dyspozytorem, który będzie szukał wolnego kierowcy. - Komunikacja na linii pasażer - kierowca, z punktu widzenia klienta, będzie zbyt nieprzewidywalna, np. w razie awarii - twierdzi Oporski.
- Myślimy o tym jako o uzupełnieniu zleceń. Z rozmów, jakie przeprowadziliśmy z taksówkarzami, wynika, że mają w ciągu dnia godzinę, dwie, trzy, podczas których bezczynnie czekają - mówi Batory.
EO Networks kończy formalności związane z przygotowaniem do debiutu na New Connect. W 2010 r. spółka miała się łączyć z Betacomem, ale po roku fuzję anulowano. W 2010 r. spółki miała 31 mln zł przychodów i 2,6 mln zł zysku netto. Jak mówi Batory, przychody w 2011 r. (nie ma jeszcze wyniku po audycie) wyniosły ok. 34 mln zł, a na czysto spółka zarobiła niecałe 3 mln zł.