Sygnity została wzięta na celownik przez
Asseco w chwili, gdy właśnie wychodzi z finansowej zapaści na prostą. W 2011 r. po raz pierwszy od pięciu lat wypracowała zysk netto, a także zwiększyła sprzedaż i zredukowała zadłużenie. Zaczęła sprzedawać coraz więcej własnego oprogramowania, na którym marże są znacznie wyższe niż na sprzedaży sprzętu.
Prezes Sygnity właśnie wraca z wyjazdu na
narty i spółka oficjalnie nie komentuje jeszcze oferty Asseco. Ale prezes i współwłaściciel Asseco Adam Góral nie pozostawił wątpliwości, że nie uzgadniał wcześniej swoich zamiarów z władzami Sygnity, dlatego szykuje się nam klasyczne wrogie przejęcie. Zaproponował skup 100 proc. akcji po cenie 21 zł. Wezwanie się powiedzie, jeśli "najeźdźcy" uda się skupić 66,9 proc. Zaskoczona jest nie tylko Sygnity, ale także jej akcjonariusze.
- Wydaje mi się, że to nie jest cena, po której wezwanie się powiedzie, biorąc pod uwagę, że Sygnity to spółka, która po ciężkich latach wychodzi na prostą i ma przed sobą coraz lepsze perspektywy - powiedział agencji Reuters członek zarządu Legg Mason Piotr Rzeźniczak. Legg Mason jest największym akcjonariuszem - kontroluje 12,5 proc. akcji. TFI Allianz i
OFE Polsat posiadają po 5,1 proc. Sygnity to jedna z nielicznych dużych spółek informatycznych, które nie mają akcjonariusza strategicznego i o przejęciu zdecyduje postawa instytucji finansowych, dla których liczy się głównie cena.
- Wydaje mi się, że cena w wezwaniu musiałaby być wyższa, by się ono powiodło. Jednocześnie sądzę, że połączenie tych firm ma sens - powiedział analityk Domu Inwestycyjnego
BRE Banku SA Piotr Grzybowski. Na
GPW na wieść o wezwaniu Asseco kurs Sygnity urósł o blisko 5 proc. i utrzymuje się nieco powyżej 21 zł oferowanych w wezwaniu.
Jednak Sygnity wcale nie musi zostać przejęte przez Asseco, bo jak dowodzi historia GPW nie wszystkie wrogie przejęcia kończą się sukcesem. W 2010 r. niepowodzeniem zakończyło się zaskakujące wezwanie na kopalnię Bogdanka ogłoszone przez czeskiego producenta węgla i koksu New World Resources. Przeciwny przejęciu był zarząd Bogdanki oraz związki zawodowe. Instytucje finansowe, głównie krajowe fundusze emerytalne, uznały ofertę NWR za zbyt niską i wezwanie zakończyło się kompletną klapą. Co ciekawe jednym z kluczowych akcjonariuszy był wtedy także Legg Mason, który podobnie jak w wypadku Sygnity szybko oświadczył, że cena jest nieatrakcyjna i nie ma zamiaru sprzedać akcji.
Za to dwa lata wcześniej powiodło się wrogie przejęcie firmy jubilerskiej W.Kruk przez Vistulę&Wólczankę.
Co może zrobić taka spółka jak Sygnity, aby nie paść ofiarą wrogiego przejęcia i ocalić samodzielny byt?
Może wprowadzić do statutu ograniczenia prawa głosu przez pojedynczych akcjonariuszy np. do 20 proc. Może też uchwalić na walnym zgromadzeniu akcjonariuszy tzw. kapitał docelowy, czyli możliwość emitowania nowych akcji. W razie zagrożenia przejęciem zarząd może je przydzielić swojemu sojusznikowi określanemu w giełdowym żargonie White Knight - biały rycerz. Wejście takiego nowego inwestora może zniechęcić do wrogiego przejęcia. Jeśli spółka nie ma w statucie zapisów określanych jako zatrute pigułki (Poison Pills), to też nie jest bez szans. Jeśli ma na kontach dużo gotówki, na którą ostrzy sobie zęby najeźdźca, może wypłacić zaliczkowo dywidendę i wyczyścić konta. W ostateczności można chwycić się Jonestown Defence, czyli taktyki spalonej ziemi (np. wygaszenie produkcji, zwolnienia kluczowych pracowników), aby po ewentualnym przejęciu uruchomienie firmy przez nowego właściciela było w praktyce nieopłacalne.