Wybory na członka zarządu KGHM pochodzącego ze strony załogi zostaną przeprowadzone w połowie lutego. Żeby w lutym wybory były ważne, kandydat musi dostać 50 proc. głosów poparcia przy co najmniej 50-proc. frekwencji.
Postulat wprowadzenia przedstawiciela załogi do zarządu złożył jeszcze w maju Związek Zawodowy Pracowników Przemysłu Miedziowego - druga największa obok "Solidarności" organizacja związkowa w Polskiej Miedzi. - Walczymy o to od kilku lat. Uważam, że ktoś z członków załogi powinien być w zarządzie po to, by lepiej reprezentować interesy pracowników - mówi Ryszard Zbrzyzny. Do tego postulatu pod koniec listopada przychyliła się rada nadzorcza, w której dominują przedstawiciele skarbu państwa (blisko 32 proc. akcji należy do państwa).
Wybór wiceprezesa do zarządu popiera jedynie ZZPPM. Nie chce go "Solidarność". Zdaniem Józefa Czyczerskiego, przewodniczącego tego związku w KGHM, takie stanowisko nie daje realnego wpływu na to, co dzieje się w spółce i jest "robieniem kariery na plecach pracowników".
Ryszard Zbrzyzny, szef konkurencyjnego związku w KGHM, nie chce na razie zdradzić, kto będzie kandydatem jego organizacji. Dariusz Wyborski, rzecznik KGHM, przyznaje, że kryteria, które będzie musiała spełnić taka osoba, nie są zbyt wyśrubowane. - Regulamin mówi jedynie o tym, że nie może być pozbawiona praw publicznych. Innych wymogów nie ma - twierdzi Wyborski.
Oznacza to, że kandydat pracowników nie musi nawet pracować w spółce. Może mieć wykształcenie podstawowe i nie mieć żadnego doświadczenia w zarządzaniu. - Wierzymy jednak w mądrość pracowników i w to, że na takie stanowisko nie zostanie wybrana osoba przypadkowa - mówi Wyborski.
Ryszard Zbrzyzny: - Nie bałbym się o kompetencje. Skarb państwa do tej pory nie przywiązywał zbyt wielkiej wagi do kompetencji członków zarządu, dlatego uważam, że nasz przedstawiciel z pewnością nie będzie gorzej niż oni przygotowany do piastowania tego stanowiska.
Ale fakty mówią co innego: troje członków zarządu KGHM (prezes Herbert Wirth i wiceprezesi Dorota Włoch i Wojciech Kędzia) to ludzie związani ze spółką od kilkunastu lat. W zarządzie zasiadają też Adam Sawicki, który ukończył
studia z ekonomii i zarządzania na Uniwersytecie w Sztokholmie, a wcześniej był prezesem GTS oraz Ruch Internet SA, oraz Włodzimierz Kiciński, były prezes
Nordea Bank Polska, a wcześniej wiceprezes Banku Gospodarki Żywnościowej i wiceprezes zarządu Hypo Banku Polska SA.
Nowy wiceprezes wybrany z ramienia załogi będzie miał zarobki porównywalne do obecnych członków zarządu. Najwięcej zarobił w ubiegłym roku Herbert Wirth. W sumie było to 1,4 mln zł samego tylko
wynagrodzenia bez dodatkowych pieniędzy z tytułu zasiadania w radach nadzorczych spółek, w których KGHM ma udziały. Najmniej spośród trzech członków zarządu zarobił w ubiegłym roku Wojciech Kędzia. Jego wynagrodzenie za ubiegły rok wyniosło 985 tys. zł, co daje ponad 82 tys. zł brutto miesięcznie.
Na roczne wynagrodzenie składa się w sumie 17 pensji: 12 co miesiąc, ale również obligatoryjna trzynasta, czternasta przyznawana z okazji Dnia Hutnika i Górnika oraz trzy dodatkowe ze względu na rekordowe zyski spółki (wszyscy pracownicy mają to zagwarantowane w regulaminie wynagrodzeń). W ubiegłym roku średnia
pensja w KGHM wyniosła 8,9 tys. zł brutto. - Spodziewamy się, że w tym roku przekroczy 9 tys. zł - mówi Dariusz Wyborski.
Na tym samym posiedzeniu, na którym rada nadzorcza KGHM rekomendowała powołanie członka załogi do zarządu, nie zgodziła się jednocześnie powołać w swój skład dwóch związkowców, którzy zostali przez pracowników wybrani kilka tygodni temu. Chodzi o Leszka Hajdackiego, wiceprzewodniczącego ZZPPM, oraz Józefa Czyczerskiego, szefa miedziowej "Solidarności". Ministerstwo Skarbu, które kontroluje KGHM (ma blisko 32 proc. udziałów), uznało, że obydwaj "nie dochowali wysokich standardów etycznych". Poszło o zorganizowaną przez nich w maju ub. roku demonstrację, na której manifestanci wybili drzwi wejściowe do siedziby spółki i pobili ochroniarzy. Chcieli wówczas 300 zł podwyżki dla każdego z pracowników. Zarząd nie ugiął się pod ich żądaniami.
Trzech związkowych liderów (Czyczerski, Hajdacki i Ryszard Kurek, wiceprzewodniczący ZZPPM) zarobiło w 2010 r. w sumie ponad 700 tys. zł. Do 15 czerwca 2011 r. (kiedy zostali odwołani z rady) Czyczerski zarobił 113 tys. zł, Hajdacki - 135 tys. zł, a Kurek - 171 tys. zł.
Rozmowa z Ryszardem Zbrzyznym, szefem ZZPPM Michał Wilgocki: Dlaczego chcecie mieć swojego wiceprezesa? Ryszard Zbrzyzny: Walczymy o to od kilku lat i jeżeli teraz pojawiła się taka możliwość, na pewno z niej skorzystamy. Uważam, że któryś z członków załogi powinien być w zarządzie, żeby pilnować interesów pracowników.
Czym miałby się konkretnie zajmować? - Miałby dokładnie takie same uprawnienia jak inni wiceprezesi. Zaskakuje mnie, że coś, co np. w Niemczech jest powszechną praktyką, i to nie tylko wśród spółek skarbu państwa, ale też wśród prywatnych, u nas przyjmuje się z takim zdziwieniem.
Kto będzie tym kandydatem? - Nie mogę powiedzieć. Przedstawimy go w terminie zgodnym z kalendarzem wyborczym [w styczniu].
Czy wśród załogi znajdzie się osoba na tyle kompetentna, żeby być wiceprezesem? - Pyta pan tak, jakby uważał, że tu pracują sami idioci. Nie bałbym się o kompetencje. Skarb państwa do tej pory nie przywiązywał zbyt wielkiej wagi do kompetencji członków zarządu, dlatego uważam, że nasz przedstawiciel z pewnością nie będzie gorzej niż oni przygotowany do piastowania tego stanowiska.
" Solidarność" twierdzi, że taka sytuacja to robienie kariery na plecach innych pracowników. I zapowiada, że nie poprze tego pomysłu. Będziecie próbowali się dogadać? - Nie zamierzam komentować stanowiska "Solidarności". Uważam, że nasz kandydat i bez ich poparcia ma szansę.
Głosów "Solidarności" w wyborach może zabraknąć. - O tym przekonamy się podczas wyborów. Jeżeli nie damy załodze możliwości wyboru, nigdy się tego nie dowiemy.
Nie uważa pan, że to nieetyczne, żeby osoba wskazana przez związek zawodowy zarabiała kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie? - Nie rozumiem takiej retoryki. Państwo dziwicie się, że ktoś z załogi może mieć taką pensję. Ale to, że ludzie, którzy do zarządu wchodzą niemalże z ulicy i zarabiają jeszcze więcej, zupełnie nikogo nie dziwi.
Ma pan na myśli kogoś konkretnego? - Nie chcę wskazywać palcem. Ale niestety, w wielu przypadkach ważniejsza od kompetencji była i jest przynależność partyjna.