rozmowa z dr Tomaszem Makowskim, dyrektorem Biblioteki Narodowej
Joanna Derkaczew: Obawiają się państwo 8 września 2009 r.? dr Tomasz Makowski : Przygotowujemy się bardzo intensywnie od 2005 r.
Google ogłosił, że do tego dnia wszyscy właściciele praw autorskich książek mają się zadeklarować, czy zgadzają się na umowę dotyczącą wykorzystania przez Google Book Search ich twórczości. Kto się nie wypowie, automatycznie zostanie potraktowany jako kontrahent. Koncern zeskanuje i wpuści do sieci jego teksty, wypłacając autorowi 63 proc. zysku z reklam. Czy to szansa na stworzenie największej na świecie biblioteki internetowej czy zagrożenie? - Wróciłem z dorocznego kongresu bibliotekarzy w Mediolanie. Po temperaturze rozmów kuluarowych widać, jakie emocje budzi ta sytuacja.
Od momentu ogłoszenia przez Google'a tego pomysłu niepokój w środowisku bibliotekarzy wzrasta, choć coraz częściej podnoszone są także zalety projektu. Żadna biblioteka narodowa nie przystąpiła do projektu, nie zgodziła się na całościowe zeskanowanie swoich zbiorów i udostępnienie firmie Google kopii cyfrowych na wyłączność. Nikt nie widział umowy, którą przygotował koncern, nikt nie zna dokładnie warunków tego porozumienia.
Bibliotekarzy najbardziej niepokoi niebezpieczny monopol informacyjny mogący prowadzić w dalszej perspektywie do cenzurowania pewnych treści - a to już jest sprzeczne z misją bibliotek i bibliotekarzy. Firma Google, jak wiemy, ulega czasem naciskom, jak w przypadku Chin. Obawiamy się także monopolu, który za jakiś czas może ograniczać dostęp poprzez wprowadzenie wysokich opłat. Jeśli za 10-20 lat jeden podmiot komercyjny zgromadzi całość piśmiennego dziedzictwa kulturowego i naukowego, będzie mógł dyktować warunki wszystkim użytkownikom.
Dlatego 7 września wydawcy przemawiali przed Komisją Europejską, domagając się interwencji? - Google, wymagając od autorów deklaracji, godzi w podstawową zasadę filozofii europejskiego prawa autorskiego.
Mówi ona, że prawa autorskie i majątkowe należą się osobie, która daną treść wytworzyła. I nikt nie może ich naruszyć. Równie dobrze każde z nas mogłoby w tej chwili założyć prywatną firmę i ogłosić, że zaczynamy skanować to czy tamto, a osoby, które się nie zgadzają w Australii czy Peru, mogą nas o tym poinformować np. do 8 września. Po tym terminie - skarg nie uwzględniamy. Nie widzę powodu, aby autorzy europejscy informowali jakąś firmę prywatną, że nie zgadzają się na przejęcie swojej własności.
Przed Komisją w Brukseli wystąpiło 80 mówców, m.in. Piotr Marciszuk, prezes Polskiej Izby Książki. Mam nadzieję, że Komisja stanie w obronie podstaw prawa autorskiego. Stwierdzi, że Amerykanie nie mogą udostępniać w internecie utworów autorów europejskich bez ich zgody. Nie mamy oczywiście pewności, czy tak się stanie.
Komisja może wziąć pod uwagę pozytywne strony projektu? - Takie strony oczywiście istnieją. Zwłaszcza jeśli spojrzymy w krótkiej perspektywie.
Biblioteki zyskują skany zbiorów - co jest cenne, nawet jeśli nie mogłyby ich potem publikować w całości na swoich stronach. Inicjatywa Google Book Search daje ogromnej rzeszy użytkowników szybki dostęp do treści, których wcześniej nie można było znaleźć na portalach publicznych. Wolna kultura generuje użytkowników gotowych, aby za dostęp do kultury płacić. Badania od lat wykazują np., że osoby częściej korzystające z internetu kupują częściej książki. Poza tym zasoby cyfrowe ułatwiają dotarcie do konkretnych poszukiwanych informacji, co z kolei wiąże się ze wzrostem piśmienności. Każdy z tych argumentów można jednak odwrócić. Piśmienność jest np. w Polsce na całkiem przyzwoitym poziomie - gorzej z czytelnictwem. Internet wpływa na trochę inne przyswajanie informacji. Zastępujemy czytanie całości, sprawnym odnajdywaniem konkretnego fragmentu. Szukamy zaś tylko tego, co potrafimy sobie wyobrazić. Nie poszerzamy swojego pola odniesień. Co do kopii dla bibliotek - Google nie skanuje obiektów w rozdzielczości, która pozwoliłaby przechowywać dobrą jakość wieczyście. To niepokoi bibliotekarzy. Digitalizujemy zbiory nie tylko po to, by je szybko umieścić w internecie. Chodzi też o to, by w razie zniszczenia oryginału ta kopia mogła go zastąpić. Tymczasem, jeśli Google wejdzie mocno ze swoją ofertą, bibliotekarzom coraz trudniej będzie pozyskiwać fundusze na tworzenie własnych kopii.
Czy istnieją jakieś inicjatywy mające szansę powstrzymać dominację Google'a? - Konkurencyjną platformę zamierzają stworzyć Amazon, Yahoo i
Microsoft. Taka dywersyfikacja jest w ich interesie. Zwłaszcza w czasach, gdy informacja to być może najbardziej poszukiwany towar. Przed kilkoma laty Komisja Europejska zaniepokojona projektem Google'a postanowiła stworzyć ogólnoeuropejską bibliotekę cyfrową, czy raczej portal dostępowy do całego dziedzictwa kulturalnego Europy - bibliotek, muzeów, archiwów i archiwów audiowizualnych. Portal Europeana (www.europeana.eu/portal/został oficjalnie otwarty w listopadzie zeszłego roku. Do dziś zgromadzono tam ponad 4,5 mln obiektów wolnych od zastrzeżeń prawa autorskiego. Nie dysponuje on jednak takimi środkami, które pozwalałyby na dogonienie Google'a. Niektóre kraje radzą sobie samodzielnie. Norwegia postanowiła zeskanować całość swojego dziedzictwa. Jest to w ich przypadku o tyle łatwe, że są krajem od Polski znacznie bogatszym, o relatywnie mniejszym dziedzictwie piśmiennym. Kopie gorszej jakości są już dostępne dla użytkowników, lepsze przechowuje się wieczyście. Francja uruchomiła bibliotekę cyfrową Gallica (http://gallica.bnf.fr/?&lang=EN). Do zeszłego roku Komisja Europejska nakładała obowiązek digitalizacji na państwa członkowskie. Obecnie udziela już wsparcia narodowym projektom cyfryzacji, straciliśmy jednak kilka lat, które wykorzystał Google.
W czym jeszcze Google ma przewagę? - Google próbuje obejść zapisy, które nas ściśle ograniczają. Chodzi np. o bardzo restrykcyjny 70-letni okres ochrony praw autorskich od śmierci twórcy. Z mojej perspektywy jako adwokata czytelników jest to okres za długi. Nie można udostępniać literatury z ostatnich stu lat. Bibliotekarze nazywają to czarną dziurą XX wieku.
Dla wszystkich jest już właściwie jasne, że stoimy u progu przełomu cywilizacyjnego. Biblioteki muszą się zmienić. W 2009 r. biblioteka cyfrowa nie jest już dodatkiem do biblioteki tradycyjnej - ona sama staje się biblioteką właściwą, przynajmniej w zakresie usług. Widzimy to choćby po sposobie korzystania z naszych zbiorów. Bibliotekę Narodową w Al. Niepodległości odwiedziło w zeszłym roku fizycznie 155 tys. osób, a Cyfrową Bibliotekę Narodową POLONA (www.polona.pl/dlibra) odwiedza średnio miesięcznie 600 tys. użytkowników. Spodziewamy się, że sierpień będzie rekordowy ze względu na udostępnianą tam kolekcję prasy z września 1939. Usiłujemy być konkurencyjni. Nie zapychać naszych zbiorów internetowych czymkolwiek, ale digitalizować w pierwszej kolejności to, co jest najbardziej poszukiwane. Czego może potrzebować o godz. 22 uczeń spod Włodawy lub pracownik naukowy, gdy już wszystkie biblioteki są zamknięte.
Jaki jest w tej chwili stopień digitalizacji polskich zbiorów? - Poniżej jednego procentu. Z wielu powodów, m.in. finansowych. Choć trzeba przyznać, że ten rok był przełomowy - minister kultury przeznaczył na digitalizację 10 mln zł, zamiast trzech, jak w poprzednich latach. W przyszłym roku ma to być 18 mln. Nie jest tajemnicą, że rząd przygotowuje dokument "Cyfrowa Polska", w którym przeznaczy na ten cel nowe środki. Sprawa digitalizacji ma być też omawiana na wrześniowym Kongresie Kultury. Dzięki funduszom unijnym w najbliższych trzech latach CBN POLONA zeskanuje 170 tys. książek naukowych, z których duża część będzie dostępna w internecie. Trzeba pamiętać, że samo skanowanie jest stosunkowo proste, tanie i szybkie. Przygotowanie i opracowanie digitalizowanych obiektów, a potem przechowywanie kopii cyfrowych - to już ogromne koszta. Skany trzeba uzupełnić metadanymi (opisami) i ścieżkami dostępu. Inaczej są martwe, nie da się z nich korzystać. Z kolei magazynowanie kopii wiąże się ze znacznymi, stałymi opłatami za utrzymywanie własnych serwerów albo za outsourcing. Kwestia digitalizacji będzie z pewnością centralnym problemem nadchodzących lat. Zderzymy się z nowymi tematami.
W Polsce np., inaczej niż w krajach zachodnich, nie ma tradycji komercyjnych serwisów bibliotecznych. Będziemy się musieli zastanowić, jak i czy przełamywać opór społeczny w tej dziedzinie. Pozostaje też niezmiernie ważna, a przecież niemal niedostrzegana sprawa archiwizacji internetu. Prawo autorskie nie traktuje wszystkich zamieszczanych w internecie treści jako "dzieł", dlatego też zawartość stron internetowych nie może być archiwizowana przez BN bez zgody ich właścicieli. Ze skutkami rewolucji z czasów Gutenberga w końcu się oswoiliśmy. Tak samo musi się stać i tym razem.