Rachunek powinniśmy wystawić kolejnym premierom: Leszkowi Millerowi, Markowi Belce, Kazimierzowi Marcinkiewiczowi, Jarosławowi Kaczyńskiemu i Donaldowi Tuskowi. To oni nie potrafili dokończyć reformy emerytalnej.
A teraz zapłacimy za ich zaniedbania.
Miały być Hawaje
A miało być tak pięknie. W 1999 r. twórcy reformy emerytalnej założyli, że zamiast świadczeń z ZUS Polacy będą dostawać również emerytury z prywatnych otwartych funduszy emerytalnych.
Wystarczyło się tylko zapisać do jednego z nich. Trafia tam 7,3 proc. pensji 14 mln Polaków. Do wyboru OFE zachęcały reklamy telewizyjne, w których następowała magiczna przemiana biednego emeryta w obskurnym M-2 w bogatego rentiera używającego życia na Hawajach.
W OFE miała obowiązywać prosta zasada: ile sobie odłożysz, tyle na starość dostaniesz. Raz na zawsze miały skończyć się dopłaty do emerytur z budżetu państwa. Dziś budżet wrzuca tam ponad 30 mld zł rocznie.
Fundusze miały pomnażać nasze składki, inwestując je m.in. na giełdzie (stąd te Hawaje). Aby jednak uniknąć sytuacji, w której rok czy kilka miesięcy przed przejściem na emeryturę składki Kowalskiego w wyniku złych inwestycji albo dekoniunktury na parkiecie skurczą się nagle o jedną trzecią, twórcy reformy przewidzieli ochronę osób najstarszych.
Założono, że składki osób, którym do emerytury brakuje pięciu lat, będą lokowane ostrożniej. Nie w akcje, ale choćby w bezpieczniejsze państwowe obligacje. Potrzebna była tylko odpowiednia ustawa.
I co? Przez dziesięć lat żaden z kolejnych rządów tym się nie zajął. Nie przygotowano nawet projektu zmian. Aż przyszedł kryzys i składki przyszłych emerytów wyparowały. Przez ubiegłoroczną bessę na giełdzie oszczędności polskich emerytów skurczyły się o 14 proc.! Teraz OFE mozolnie odrabiają straty. Młodzi mają czas. Mogą poczekać. Starsi, przechodzący na emeryturę lada dzień, dostaliby jednak po kieszeni.
Byłoby to dla nich tym bardziej uciążliwe, że i tak nie mogą liczyć na żadne kokosy. Jeszcze przed kryzysem symulacje Ministerstwa Pracy wskazywały, że emerytury w nowym systemie będą bardzo niskie. Jak ostrzegał resort pracy, osoby ubezpieczone w nowym systemie na starość będą dostawać o jedną trzecią mniej niż obecni emeryci!
Rząd w końcu zdał sobie z sprawę, że jeżeli nic z tym nie zrobi, ludzie będą dostawać już nie niskie, ale wręcz głodowe świadczenia.
Poza tym emeryci mogliby się zbuntować. Nie wprowadzając zmian prawnych chroniących ich oszczędności, państwo nie dopełniło przecież swoich obowiązków. Sądy zapchane byłyby lawiną pozwów.
Na wprowadzenie przewidzianych zmian było już za późno. Rząd PO-PSL wprowadził więc w lutym br. naprędce ustawę pozwalającą osobom, które w ciągu pięciu najbliższych lat miałyby pobierać groszową emeryturę z OFE, wystąpić z funduszy i wrócić (ze wszystkimi składkami) do ZUS.
Do ZUS, w którym mogą liczyć w większości na emeryturę ze starego systemu, z solidnymi dopłatami państwa. Wrócić do systemu, który reforma emerytalna w obawie o rozsadzenie budżetu państwa znosiła. Władza więc - kosztem łamania reformy, narażania podatników na kolejne wydatki - postanowiła przekupić emerytów i zamazać swoje trwające dekadę zaniedbania.
Polityk zawinił, podatnik zapłaci
Już wcześniej, bo w 2007 r., identycznie postąpił rząd PiS. Wbrew reformie emerytalnej przedłużono o rok wcześniejsze emerytury dla 300 grup zawodowych. I wszystkim, którzy nabyli prawo do wcześniejszej emerytury z budżetu państwa, dano wybór: chcecie z OFE wystąpić? To występujcie. Chcecie zostać? To zostańcie. I niemal każdy, kto mógł, z OFE się wypisał. Jak dotąd zrobiło to 25 tys. osób!
Do końca czerwca br. wypłacano zaledwie 49 emerytur z OFE. Tymczasem rząd szacował, że w całym 2009 r. emerytur z funduszy będzie 2,6 tys., a do końca 2013 r. - 40 tys. To już dawno nierealne.
Według Wiktora Wojciechowskiego z fundacji FOR rząd w wyniku odejścia od założeń reformy i pozwolenia ludziom na odchodzenie z OFE musi się liczyć z dodatkowymi wydatkami - nawet 3,5 mld zł do roku 2035. Tyle będzie musiał dołożyć do kasy ZUS (a dokładnie na konta Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, zarządzanego przez ZUS, z którego są wypłacane emerytury).
Na tym wydatki mogą się nie skończyć.
Politycy mają bowiem kolejne kosztowne pomysły.
Posłowie PiS proponują, aby nie tylko najstarsi Polacy, ale każdy, komu się to tylko podoba, mógł z OFE zrezygnować. Wszyscy mogliby znów trafić pod skrzydła ZUS. I liczyć na dopłaty państwa.
Na pierwszy rzut oka to niebywale kusząca propozycja. I dla emerytów - bo będą mieli większe świadczenia - i dla budżetu. OFE musiałyby bowiem przelać do budżetu wszystkie zebrane od obywateli składki. To dziś, bagatela, 140 mld zł! Kto by nie chciał takiej masy pieniędzy? Minister finansów szacuje deficyt budżetowy na 52,2 mld zł. Za pieniądze z OFE można by tę dziurę zasypać na kolejne trzy lata.
Tylko na pozór wygląda to jednak tak różowo. W systemie emerytalnym 140 mld zł z OFE wystarczy na wypłatę emerytur na zaledwie... półtora roku. I po pieniądzach.
Co dalej?
Dalej trzeba byłoby zwiększać dotację budżetową. Dziś to ponad 30 mld zł i budżet już ugina się pod jej ciężarem.
Nawet bez likwidacji OFE po roku 2020 na wypłatę emerytur może brakować w kasie państwa ponad 46 mld zł rocznie. A w okolicach 2025 - nawet ok. 63 mld zł rocznie. Bo dziś na jednego emeryta przypada czterech pracujących, ale za 15-20 lat będzie już tylko dwóch pracujących.
Wydłużmy wiek emerytalny
Jest tylko jeden sposób na uratowanie systemu emerytalnego, który nie zrujnuje budżetu państwa, a Polakom zapewni godziwe świadczenia na starość. Tyle że niezwykle w społeczeństwie niepopularny. Jaki? Podwyższyć wiek emerytalny.
Osoby, które będą dłużej pracować, odłożą więcej kapitału. To zapewni wyższą emeryturę, bez konieczności dopłat z budżetu państwa.
Lepiej jednak rzucić się na pieniądze z prywatnych funduszy. Tym nikomu władza nie podpadnie. Wręcz przeciwnie, jeszcze co niektórzy władzy przyklasną. Co będzie się dziać z budżetem w kolejnych latach? A kogo to obchodzi? Po nas choćby potop.