Aleksandra Lewińska: Skąd pomysł na własny biznes?
Maja Studzińska: - Miałam trzynaście lat, gdy zaaranżowałam pierwsze wnętrze. Wzięłam się do odnawiania łazienki. Pomalowałam ściany na wrzosowo w białe gwiazdki.
Podobało się?
- To była tragedia (śmiech). Mama była przerażona. Moje gwiazdki przetrwały tylko kilka miesięcy, bo łazience i tak był potrzebny generalny remont. Później, pod koniec liceum, uznałam, że zdołam sama odświeżyć swój pokój. Zedrę tapety, pomaluję, łatwizna - myślałam. Bardzo się pomyliłam. Blok z wielkiej płyty, tynk się sypał. Miesiąc walczyłam. Szlifowałam, kładłam gładzie, malowałam. Ale wyszło ślicznie.
Z czasem zaczęłam remontować nie tylko u siebie. Gdy znajomi nie mogli się zdecydować, co chcą w prezencie ślubnym, powiedziałam: macie brzydką kuchnię. Upiększę ją. I moja aranżacja przetrwała do dziś. Chyba wtedy pierwszy raz pomyślałam, że mogłabym zarabiać, robiąc to, co lubię.
Wcześniej byłaś wokalistką nieistniejącego już zespołu soulowego Dezire.
- Ale wiedziałam, że muzyka to niestabilna branża i ciężko będzie się z tego utrzymać.
Uczyłaś się projektowania?
- Gdy już myślałam o własnym biznesie, zrobiłam dwuletnie studium z aranżacji wnętrz. Wiedziałam, że papier potwierdzający kwalifikacje dla przyszłych klientów będzie się liczył.
-Co ci dała szkoła?
- Nauczyłam się przede wszystkim rysunku. Z nim sobie kiepsko radziłam. Gdy wykładowca na pierwszych zajęciach poprosił: narysujcie coś, naszkicowałam ludzika - rączki jak patyczki, loczki, spódniczka. Gdy położyłam pracę obok rysunków innych studentów, płonęłam ze wstydu. Oni stworzyli realistyczne pejzaże, wnętrza. Jak kończyłam szkołę, rysowałam już podobnie. Uczyliśmy się też instalacji, budownictwa, ergonomii. Strasznie ciekawe to wszystko, choć wiele spraw nie było dla mnie nowością. Nigdy nie piszczałam, gdy trzeba było wymienić porcelanową głowicę w kranie, gniazdko czy włącznik. Nie wołałam taty, nie biegłam po chłopaka. Po prostu nie wierzyłam, że to trudne.
A rozkręcenie firmy było trudne?
- Ruszyłam z biznesem 2,5 roku temu. Miałam pomysł, nie potrzebowałam kosmicznych pieniędzy. Dostałam 12 tys. dotacji z pośredniaka i starczyło na wszystko. Kupiłam dobrego laptopa, porządny aparat fotograficzny. Zrobiłam stronę internetową, wydrukowałam wizytówki i ulotki.
Długo czekałaś na pierwszego klienta?
- Wcale. Włożyłam swoją wizytówkę do kilkudziesięciu internetowych baz firm. To bezpłatne. Umieściłam tylko podstawowe informacje. I dzień później zadzwonił telefon. Nie mogłam uwierzyć, byłam przekonana, że to znajomi robią mi żart.
Częściej projektujesz prywatne mieszkania czy biura i knajpy?
- Trochę więcej mam zleceń na domy, mieszkania, lofty. Choć oczywiście zgłaszają się też restauracje, puby, dyskoteki.
Przyjmujesz każde zlecenie?
- Nie, zdarza się, że odmawiam. Każdy projekt jest moją wizytówką. A nie pod wszystkim się podpiszę. Sidingu czy boazerii nie położę. Rezygnuję też, gdy widzę, że klient poprosił mnie o pomoc, ale i tak wszystko wie lepiej i właściwie to chce się po prostu ze mną kłócić. Głową w mur walić nie będę.
Ludzie wiedzą, czego chcą?
- Są inwestorzy, którzy już na wstępie mówią: "ja się na tym nie znam, rozróżniam zielony od czerwonego i na tym koniec. Nie mam pojęcia, czego chcę. Ma być po prostu fajnie".
To "łatwiejszy", mniej wymagający klient?
- Z tym różnie bywa. Często okazuje się, że taka osoba jeszcze długo nie będzie wiedziała, czego chce. To czasem naprawdę trwa i trwa. Pokazuję jeden projekt, mówi: "to fajne". Pokazuję drugi: "o, to też fajne". Trzeci: "wie, pani co, ten mi się też podoba. A pani który by wybrała?". To na szczęście sporadyczne przypadki. Zazwyczaj udaje mi się dość szybko wyczuć gusta.
Jak?
- Jest cała seria magicznych pytań, które każdy projektant musi zadać. Tak naprawdę, żeby być dobrym, trzeba być świetnym psychologiem. Na Zachodzie już tak jest - "wnętrzarze" kształcą się z psychologii architektury. Na początku pracy każdy z nas musi stworzyć profil klienta. Zdarza się, że ktoś mówi: lubię minimalizm, a na końcu wybiera projekt niemal barokowy, z masą bibelotów. W tym zawodzie tak samo jak zmysł estetyczny i wyobraźnia liczy się umiejętność słuchania. Pytam inwestora niemal o wszystko - o rodzinę, jak spędza wolny czas, co robi w poszczególnych pomieszczeniach, jak często i jak wielu znajomych zaprasza, czy tańczy na imprezach, dokąd podróżuje, gdzie pracuje, jakie ma hobby. Ludzie często są onieśmieleni, czują, że wchodzę im z butami w życie, ale ja muszę to wiedzieć.
Ile kosztują usługi projektanta?
- Aranżacja jednego pomieszczenia, niezależnie od wielkości, kosztuje od 1,2 tys. zł. Jeśli pomieszczeń jest więcej, liczę od metra. Ceny startują od 60 zł wzwyż. W Warszawie czasem trzeba zapłacić projektantowi aż 300 zł za metr! Niektórzy projektanci poprzestają na przekazaniu zwymiarowanego projektu. Ja kończę pracę, gdy na półkach stoją już wazoniki. Jestem do końca. Mam swoich wykonawców, jestem przy zakupach, na budowie bywam niemal codziennie.
Ludzie coraz większą uwagę przywiązują do wystroju mieszkania. To moda, szpan, czy autentyczna potrzeba?
- Jeszcze kilka lat temu ludzie chcieli swoim mieszkaniem imponować znajomym, rodzinie. Wciąż zdarzają się inwestorzy, których podstawowe wymaganie brzmi: "niech tu będzie tak, żeby znajomi padli z wrażenia".
Ale coraz więcej osób podchodzi do tego bardzo racjonalnie - warto poprosić o pomoc fachowca, by nie płacić podwójnie za swoje błędy.
*Maja Studzińska - 29-letnia właścicielka bydgoskiej firmy Fly Design. Projektantka wnętrz