Biznes Ludzie Pieniądze

Jak rozwiał się amerykański sen

Agnieszka Mitraszewska
2010-03-13 , aktualizacja: 14.03.2010 22:40
A A A Drukuj
Wszyscy mniej więcej wiemy, jak to jest, gdy miasto się rozrasta. Połyka kolejne przedmieścia. Zarasta domami okoliczne pola. Nowe dzielnice się oddalają, a korki na drogach - wydłużają. Większość miast rośnie, ale nie wszystkie.
Taki obrazek śni się tysiącom Amerykanów po nocach: ukochany dom wystawiony przez bank na sprzedaż, bo nie było ich stać na płacenie rat kredytu
Fot. Reed Saxon AP
Taki obrazek śni się tysiącom Amerykanów po nocach: ukochany dom wystawiony przez bank na sprzedaż, bo nie było ich stać na płacenie rat kredytu
A co się dzieje, gdy miasto zaczyna się kurczyć? Czy to tak, jakby puścić film od tyłu? Nie. Logika tego procesu nie jest odwróceniem kierunku od centrum ku peryferiom. W tkance miejskiej powstają czarne ziejące dziury, które nie są ani miastem, ani wsią. W dawniej kipiącym życiem śródmieściu pojawiają się kwartały niszczejących, zabitych deskami domów, wśród których hula wiatr. Tak właśnie zanika Detroit. W latach 50. miało dwa miliony mieszkańców, dziś niecały milion. Z lotniska do ruin śródmieścia wiedzie pusta autostrada obok opuszczonych zakładów motoryzacyjnych. Tak wielkich, że nie ma pieniędzy na ich zburzenie. Gości na tej dziwnej planecie wita przy drodze gigantyczna opona. Wokół faluje zielone morze chwastów i traw. Rośliny litościwe porastają szkielety setek spalonych domów. Zarysów niektórych ulic można się domyślić już tylko po przebiegu słupów telefonicznych nad łąkami.

W centrum miasta na górnych piętrach opuszczonych wieżowców powyrastały drzewa. Dawniej czwarte pod względem wielkości miasto USA ulega dewastacji i dematerializacji. Natura upomniała się już o 103 km kw. aglomeracji z dawnych 360 km kw. Co piąty dom stoi pusty. W ciągu ostatnich trzech lat ceny nieruchomości spadły o 80 proc. Na Albany Street wciąż na sprzedaż jest dom z trzema sypialniami za jednego dolara.

Stopa bezrobocia? 30 proc. Aż 33,8 proc. mieszkańców miasta i prawie połowa dzieci żyje poniżej granicy ubóstwa. 47 proc. dorosłych to funkcjonalni analfabeci. Tylko w 2009 roku zamknięto tu 29 szkół.

Skąd ta apokalipsa? Z zadufania i wiary, że im coś większe, tym lepsze. Amerykański przemysł motoryzacyjny myślał, że będzie wieczny, a miasto nie miało nic poza nim. Setki tysięcy czarnych napłynęło tu do pracy z amerykańskiego Południa, by żyć w bodaj najbardziej rasistowskim mieście USA. Dziś stanowią 81,6 proc. mieszkańców Detroit. W żadnym innym mieście amerykańska armia nie musiała interweniować w czasie zamieszek ulicznych, tak jak to miało miejsce tutaj w 1943 i 1967 roku. Biali uciekali stąd falami w latach 50., 60. i 70.

Czy coś jeszcze można zrobić? Reszta Stanów Zjednoczonych raczej wyparła los Detroit ze świadomości, ale burmistrz miasta Dave Bing nie traci nadziei. Chce opracować plan ratowania żywych kawałków miasta i przesiedlić do nich mieszkańców, a "czarne dziury" wyburzyć do końca i zazielenić. Nie wiadomo, ile to będzie kosztowało i skąd wziąć pieniądze, ale jeśli miasto nie skurczy się w sposób planowy, nie będzie szans na utrzymanie jakichkolwiek usług komunalnych, komunikacji, o rządach prawa nie wspominając.

Nie tracą też nadziei artyści, którzy zaczęli napływać do Detroit przyciągani szansą na urządzenie pustych miejskich przestrzeni na nowo i wzięcia spraw we własne ręce w pierwszym postindustrialnym mieście Stanów Zjednoczonych.

-

Na podst. Guardian, Detroit News, The Atlantic, Daily Telegraph

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    123 głosy