Biznes Ludzie Pieniądze

Kto nam skradł odciski palców

Piotr Miączyński; Tomasz Grynkiewicz
03.06.2010 , aktualizacja: 02.06.2010 15:45
A A A Drukuj
życie przed komputerem . życie przed komputerem
Dowiedzą się, kim jesteś. Gdzie pracujesz. Jak mieszkasz. Czego słuchasz. Kim są twoi znajomi. Co pijesz. Z kim śpisz. Wystarczy, że masz konto na Facebooku albo na Naszej-klasie. Używasz Twittera, Blipa albo Flickra. To tak proste, że nie byliśmy w stanie w to uwierzyć
Za chwilę ukradniemy tożsamość w internecie. Kobiecie, lat 29. Rudej. Ekonomistce, która lubi jeździć na nartach i zna się na komputerach. Nigdy jej nie widzieliśmy, ale na twardym dysku komputera mamy jej zdjęcia. Kradzione. Skopiowaliśmy je z profilu Rudej na Naszej-klasie.

Po co?

Chcemy się włamać. Na konto na Facebooku jej sławnej koleżanki.

Zdrada i kasa

4 lutego 2004 r. Mark Elliot Zuckerberg, 20-latek z White Plains w stanie Nowy Jork, siedzi w pokoju w akademiku Uniwersytetu Harvarda.

Za kilka minut razem z kumplami: Dustinem Moskovitzem, Chrisem R. Hughesem i Eduardo Saverinem, uruchomi serwis społecznościowy Facebook.

Zuckerberg jeszcze tego nie wie, ale stworzy tym samym trzecie co do wielkości państwo świata. Zaraz po Chinach i Indiach. Ponad 450 mln mieszkańców. Nie wie też, że dzięki Facebookowi zostanie najmłodszym miliarderem świata (212. miejsce, ponad 4 mld dolarów).

Na razie jest rudawym, cholernie zdolnym studentem, którego chce zatrudnić u siebie Microsoft i AOL. Uwielbia recytować kawałki "Iliady" Homera.

Na ironię zakrawa, że wszystko zaczęło się od włamu do komputerowego systemu uczelni. Zuckerberg ukradł zdjęcia studentek z kampusu. Fotki umieścił na stworzonej przez siebie stronie Facemash.com. Użytkownicy mogli oceniać, która studentka jest hot, a która nie.

Świństwo? Złamanie praw do prywatności?

- Prywatność przestała już być normą społeczną - twierdzi Zuckerberg.

Strona wisiała w sieci tylko przez cztery godziny, ale odniosła niesamowity sukces.

Głupie pytanie, ale skąd się znamy?

Nasza ofiara jest sławna. Występuje na pierwszych stronach gazet. W telewizyjnych wiadomościach. Zajmuje poważne stanowisko. I jest atrakcyjną kobietą. Dlatego (żartobliwie) nazwiemy ją: znaną fajną laską. W skrócie ZFL.

Chcemy się z nią zaprzyjaźnić - kto by nie chciał? - na Facebooku. Wiemy, że ma tam konto, bo mówiła o tym w wywiadzie. Nie znamy jej. Ona nie zna nas. Sprawdzimy, czy przyjmie nasze zaproszenie, zaakceptuje nas jako swoich wirtualnych przyjaciół.

Do diabła, przyznajmy, chcemy zobaczyć jej prywatne zdjęcia. Poznać prywatny numer telefonu. Z kim jest w związku? Z kim się przyjaźni? Co do nich pisze?

Kto nigdy nie miał takich pragnień, niech pierwszy rzuci myszą!

Odpalamy służbowy komputer. Klikamy: załóż nowe konto. Już po wszystkim. Możemy zacząć dodawać znajomych. Jaka jest szansa, że ZFL zaakceptuje zaproszenie od kompletnie obcej osoby?

Robimy test. Do 15 osób z naszej redakcji, które mają konta na Facebooku, wysyłamy zaproszenia. Jeden facet zapytał: "To głupie pytanie, wiem, ale moja skleroza tak mnie przeraża, że muszę je zadać - skąd się właściwie znamy?". Ale aż siedem osób się zgadza!

Dlaczego tak łatwo akceptujemy nieznajomych jako przyjaciół w internecie?

Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    256 głosów