Pan poseł Żelichowski raczył porównać rentowność (polskie markety) z marżą (zachodnie markety). Stworzył tym samym bon mot efektowny aczkolwiek nieprawdziwy.
Sklepy spożywcze mają bardzo niską rentowność, czy to Berlin, Paryż czy
Warszawa bo to taka branża. Rentowność wynosi tutaj 2 - 3 proc. i tyle. Sprzedaje się dużo, zarabia mało. Taki biznes. Rentowność 10 do 17 proc. mają co najwyżej sklepy odzieżowe.
Owszem mało która sieć handlowa płaci podatek dochodowy. To co zarobią od razu wydają na budowę nowych sklepów. Ot przykład wartość inwestycji
Tesco w Polsce w latach 1995-2008 wyniosła 9 mld złotych. Inny przykład - w ostatnich 12 miesiącach
Biedronka otworzyła 360 sklepów.
Jak ktoś się rozwija podatku dochodowego nie płaci. Proste. Trudno czynić z tego zresztą zarzut sklepom. Każdy racjonalnie działający przedsiębiorca wpierw zainwestuje w swoją firmę a później dopiero dzieli się zyskiem z fiskusem.
Hiper i supermarkety podatku dochodowego nie płacą albo płaca rzadko owszem. Za to odprowadzają co roku do budżetu miliardy zł. podatku VAT. Politycy w żadne tłumaczenia od lat nie wierzą. - Hipermarkety mają ukryte nadwyżki, produkują sztuczne koszty - mówią.
Jak teoretycznie można przekazywać zyski za granicę, a jednocześnie w kraju "jechać na stracie"? Służy do tego tzw. mechanizm cen transferowych, czyli transakcji między powiązanymi ze sobą firmami. Teoretycznie firma może wyprodukować i sprzedać swojej spółce-matce za granicą towar po zaniżonych cenach. Spółka-córka w Polsce przynosi straty, spółka-matka za granicą sprzedaje towar po cenach rynkowych i ma potężny zysk. Dlatego na całym świecie umowy między powiązanymi firmami są pod lupą fiskusa, który pilnuje, aby transakcje odbywały się po cenach rynkowych.
Jednak w przypadku krajowych hipermarketów ten sposób nie wchodzi w grę - sprzedawane w nich towary kupowane są od zewnętrznych producentów, w większości zresztą polskich.
Hipermarkety mogłyby za to drenować swoje polskie filie za pomocą rozmaitych licencji, opłaty za użycie znaku towarowego, analizy rynku itp. Chodzi tutaj o sytuację, gdy spółka-matka za grube tysiące euro sprzedaje swojej polskiej filii np. całkowicie niepotrzebny system układania towarów w magazynie albo nowe logo sklepu. Tylko jaki jest sens transferowania zysków do Anglii, Niemiec czy Francji, jeśli podatek dochodowy od firm jest tam wyższy niż w Polsce?
Tak naprawdę jednak żadne wyjaśnienia nic tu nie zmienią. Pan poseł Żelichowski powiedział coś co mu się zdawało a ludzie w to uwierzą, bo nie lubią marketów i tyle. Ludzie po prostu wierzą że markety nie płacą podatków. Albo są zwolnione z podatków. Pan poseł Żelichowski po prostu w społeczeństwie wiedzę tą podtrzymuje. Wmawiając tym samym, że za kłopoty budżetu jest ktoś winny. Czyli rzecz jasna markety.
Prawda to czy nie - bez znaczenia.
Nawiasem mówiąc wypowiedź pana posła przypomniała mi niedawne powiedzenie Jacka Kurskiego, który również wychodził założenia że pieniędzy należy poszukać w kieszeniach sklepów.
Jak zdobyć pieniądze dla nauczycieli, lekarzy i górników - zastanawiał się na kongresie PiS. - To bardzo proste - przekonywał Jacek Kurski. - Pięć miliardów złotych transferują hipermarkety, które rzekomo nie mają żadnych zysków. W rozmowie z "Gazetą" podtrzymywał swój zarzut. - Takie informacje uzyskałem od ekonomistów - twierdził.
Czemu akurat pięć miliardów? - Bo jakaś suma musi być - odpowiadał rozbrajająco Kurski.
Czemu markety w Niemczech mają rentowność 17 proc? Bo, jakaś suma musi być.
O prawdziwych kantach supermarketów czytaj więcej na supermarket.blox.pl