To Bielecki podpowiedział premierowi nieznanego opinii publicznej Jacka Rostowskiego jako kandydata na ministra finansów. W Platformie szeptano, że to on był autorem pomysłu wykorzystania kompetencji Włodzimierza Cimoszewicza i zgłoszenie jego kandydatury w wyborach sekretarza generalnego Rady Europy.
Nie jest wykluczone, że to Bielecki - pamiętający, jak kończyły reformatorskie rządy, włącznie z tym, na którego czele stał sam w 1991r. - podpowiedział Tuskowi i PO, by wystrzegać się słowa "reforma", bo okres heroicznych reform mamy już za sobą. A rząd powinien modernizować kraj bez rewolucyjnych zmian, małymi krokami. Minister Michał Boni nazywa tę koncepcję reformowaniem za pomocą lasera, a nie przy użyciu piły.
To Bielecki ośmielił się powiedzieć głośno, że w czasie kryzysu nie należy fetyszyzować długu publicznego. - Zadłużenie jest czymś złym. Zawsze to mówiłem i będę powtarzał. Ale żyjemy w warunkach niezwykle ciężkiego kryzysu. Aby utrzymać względną dyscyplinę fiskalną, i tak trzeba było dokonać cięć w finansach. Uważam, że następne ruchy muszą być ostrożne i podporządkowane temu, żeby Polska utrzymywała się na ścieżce wzrostu gospodarczego - mówił w wywiadzie dla "Gazety" (19 listopada 2009 r.). W tym samym czasie liberalni ekonomiści z Leszkiem Balcerowiczem na czele nawoływali do cięcia wydatków i zmniejszenia długu.
Najgłośniej komentowano wpływ Bieleckiego na decyzje Tuska w sprawie afery hazardowej. To ponoć on doradził premierowi wyrzucenie z rządu polityków zamieszanych w tę aferę.
O ile zmuszenie do dymisji ministra sportu Mirosława Drzewieckiego było naturalnym krokiem, o tyle pozbycie się z rządu Grzegorza Schetyny było zaskoczeniem. Bieleckiego to nie dziwiło. - Nie chciałbym odnosić się do konkretnych osób. Mogę jedynie przedstawić generalną zasadę, której powinien się trzymać każdy polityk. Należy wyrobić sobie pewien styl polegający na trzymaniu dystansu wobec osób, które spotykamy podczas działalności publicznej. Nie wrogości, nie lekceważenia, ale właśnie dystansu. Nie można pozwalać sobie na zbytnią poufałość. Polityk, który nie posiądzie tej umiejętności, jest narażony na różne pułapki - mówił w cytowanym już wywiadzie.
To był zarzut wobec Schetyny, do którego biznesmen z branży hazardowej wydzwaniał i złapał na lotnisku. Bielecki: "Jestem ostatnim, który chciałby formułować jakiekolwiek zarzuty. Ale wiem, że lobbyści chętni do załatwienia różnych interesów z politykami utrzymującymi opisany przed chwilą dystans napotykają niewidzialną barierę. Ona uzmysławia im, że z tym człowiekiem nie da się załatwiać interesików. Do takiego polityka nikt nie przychodzi z tego typu sprawami. I taką pozycję należy sobie wypracować".
Politycy PO zastanawiają się, jaką pozycję chce zająć Bielecki. Jego nazwisko było wymieniane w gronie kandydatów na premiera, gdy wydawało się, że Tusk wystartuje w wyścigu do Pałacu Prezydenckiego.
Bielecki, po rezygnacji Tuska, nie miał szans na zostanie kandydatem Platformy na prezydenta. Podobno z zamówionych przez partię sondaży wyszło, że Polacy zdążyli już o nim zapomnieć jako b. premierze i polityku KLD. Jego kandydatura mogłaby być rozważana jedynie w przypadku zmiany konstytucji, kiedy to prezydent byłby wybierany przez parlament. Ale ten projekt znalazł się szybko w koszu, gdy sondaże pokazały, że Polacy chcą wybierać prezydenta w wyborach powszechnych.
Prezydentura nie wchodzi więc w grę, podobnie jak premierostwo. Bo ta teka jest zarezerwowana dla Tuska.
Politycy Platformy prześcigają się w domysłach, że na majowym kongresie Bielecki zostanie wiceszefem partii. Może i tak, ale po co? Czy Bielecki, który był premierem, zadowoliłby się funkcją numer 2 w PO? Takie spekulacje to raczej odzwierciedlenie lęków prominentnych polityków PO, którzy sami mieli chrapkę na to stanowisko. Wydaje się, że praca partyjna to ostatnia rzecz, o jakiej marzy były premier. Bielecki, który po odejściu z banku ma długi okres zakazu pracy w konkurencji, mógł wejść do Rady, bo ma wiele wolnego. Jest człowiekiem zamożnym. Chce spożytkować swoje doświadczenie byłego premiera oraz wiedzę o gospodarce, którą nabył, pracując w EBOiR i Pekao. I być blisko centrum decyzyjnego.
Niewykluczone, że myśli o objęciu jakiejś ważnej, ale dającej samodzielność funkcji, np. szefa NBP (kadencja obecnego kończy się w 2013 r.), komisarza w Unii Europejskiej czy reprezentanta Polski w jakieś instytucji międzynarodowej. Ale to odległa przyszłość, a Bielecki o sobie mówi, że "żyje zawsze najbliższym meczem".
Za to Rada Gospodarcza i sam Bielecki są bardzo potrzebni premierowi Tuskowi. Rada może być wsparciem dla ministrów, którzy nie mają wizji, w jakim kierunku powinni iść w swoich resortach. Może pomóc w rozstrzyganiu sporów wewnątrz rządu; wystarczy przypomnieć spór Boniego z minister pracy Jolantą Fedak w sprawie OFE. W rządzie od dawna mówi się, że założenia nowego projektu o OFE przygotuje Rada Bieleckiego. Niewykluczone, że dla Tuska ostateczną instancją będzie Bielecki.
Może premier wyznaczył mu nieformalną rolę sternika od spraw gospodarczych? Ani wicepremier Waldemar Pawlak, ani minister finansów Jacek Rostowski takiej pozycji nie mają.
Pawlakowi premier ciągle uszczupla kompetencje (przeniósł pełnomocnika ds. energetyki do kancelarii premiera, zastopował jego człowieka na pełnomocnika rządu ds. energii jądrowej, teraz minister skarbu planuje przeniesienie nadzoru właścicielski nad kopalniami z gospodarki do skarbu), a pomysły wicepremiera są w rządzie często blokowane, np. prywatyzacja pracownicza czy unieważnienie tzw. opcji walutowych.
Minister Rostowski skupia się na działaniach nieco księgowych: gdzie tu zaoszczędzić parę złotych w budżecie. Sam nie proponuje jednak znaczących reform.
Były premier nie ma być konkurencją dla Boniego, jak niektórzy sądzą. Ma go odciążyć, bo Boni, choć zgromadził wokół siebie grono zdolnych, młodych ekspertów, nie może - jak dotychczas - zajmować się wszystkim: i służbą zdrowia, i podwyżkami dla nauczycieli, i reformą emerytur czy naprawą finansów publicznych.
Tusk wiele razy pokazał, że ma nosa do społecznych nastrojów. Może powołał Radę, bo ma świadomość, że mnóstwo osób głosuje na PO głównie przeciwko braciom Kaczyńskim, a nie dlatego, że uważa, iż Platforma naprawdę modernizuje kraj? I to w dobrym tempie? I Rada Bieleckiego jest mu potrzebna jako sztandar zmieniania Polski?
Gdyby Lech Kaczyński przegrał wybory prezydenckie, a PO odniosła spektakularne zwycięstwo w wyborach parlamentarnych w 2011 r., strach przeciwko powrotowi "kaczorów" i IV RP znacznie straci na sile. Platformie potrzebne będzie nowe paliwo, np. wypracowana przez ekipę Bieleckiego strategia cywilizacyjnego skoku.