Bułgarski minister finansów Krasimir Stefanow nie ukrywał zadowolenia po ubiegłotygodniowej wizycie w Berlinie. Dostał od swego niemieckiego odpowiednika Wolfganga Schaeublego informacje z dwóch słynnych dysków, które wstrząsnęły światkiem nieuczciwych finansistów w Europie.
Chodzi o płyty z danymi o tajnych kontach w Liechtensteinie i Szwajcarii. Dwóch byłych bankowców - jeden z banku LGT (Liechtenstein), drugi ze szwajcarskiego oddziału banku HSBC - wyniosło i sprzedało niemieckiemu fiskusowi dyski z danymi o kilku tysiącach klientów. Okazało się, że spora część z nich założyła konta by nie płacić podatków. Doszło do potężnego skandalu - skazany za oszustwa podatkowe został m.in. szef Deutsche Post Klaus Zumwinkel. Podczas jego procesu setki nagle skruszonych podatników na wyrywki zgłaszało się do urzędów skarbowych, by się pokajać i zapłacić zaległe podatki, licząc w zamian na łagodne potraktowanie.
Stefanow przyjechał do Berlina po bułgarski udział w zyskach z całej imprezy. Ogłosił, że "posiadł wiedzę" o 200 mln euro, które zachomikowali bułgarscy obywatele w Liechtensteinie i Szwajcarii. Zapewne spora część z tego to pieniądze bałkańskiej mafii, z którą rząd w Sofii walczył dotąd wyjątkowo niemrawo. Teraz dostał do ręki potężną broń - przypomnijmy, że to właśnie niepłacenie podatków zgubiło Ala Capone, najsłynniejszego amerykańskiego gangstera czasów prohibicji. Już następnego dnia po wizycie Stefanowa w Berlinie do bułgarskich urzędów skarbowych zgłosiło się 12 obywateli, których "ruszyło sumienie".
Wbrew powiedzeniu, że nie ma darmowych obiadów, Stefanow nie musiał zainwestować ani jednego lewa - Niemcy ogłosili, że informacje z dysków o obywatelach innych państw przekażą zupełnie bezpłatnie. Angela Merkel uznała, że walka z oszustami podatkowymi i kryjącymi ich państwami rajami powinna być sprawą rządów całego świata. Informacje o kontach w Liechtensteinie przekazano m.in. Francji, Szwecji, USA, Kanadzie, Australii i Włochom.
Zdaniem polskich doradców podatkowych Liechtenstein jako miejsce chomikowania dochodów nie był u nas zbyt popularny, ale na dysku z tego kraju mogą być informacje o przynajmniej kilkudziesięciu Polakach. Zapewne jacyś rodacy są też na dysku z HSBC. Ale mogą spać spokojnie. Nasz fiskus nie jest nimi zainteresowany. I nie chodzi wcale o wątpliwości etyczne - czy można korzystać z danych, które zostały wbrew prawu wyniesione z banków, mówiąc wprost - ukradzione.
Przyczyna jest prozaiczna - Polska ma podpisaną z Niemcami umowę o wymianie informacji podatkowych, ale dotyczy to wyłącznie podatników, wobec których wszczęto postępowanie. A przecież w sprawie Polaków obecnych na dyskach nic się nie toczy - bo fiskus nie ma o nich informacji. Koło się zamyka...
Może to i prawda. Tylko dlaczego od 2008 r., kiedy wybuchła afera z kontami w Liechtensteinie, nie zmieniono umowy z Niemcami, tak aby można było zająć się naszymi oszustami?
Sprawa dysków to kolejna ilustracja tezy, że polski fiskus nie radzi sobie w walce z szarą strefą i bardziej skomplikowanymi metodami niepłacenia podatków. Urzędnicy najczęściej chodzą na kontrole do jakiejś firmy, gdzie w cieple i spokoju przeglądają księgi finansowe, szukając błędów. Raje podatkowe, konta w Szwajcarii czy Liechtensteinie? To zbyt trudne... Nawet wtedy, gdy informacje można dostać na tacy od niemieckich kolegów.
Wielu Polaków nie traktuje unikania podatków jak przestępstwa. Tłumaczą: a po co mam płacić na polityków darmozjadów, nieudolnych urzędników, kiepskie szkoły i dziurawe drogi? Takie myślenie zawsze wydawało mi się głupie - przecież państwo polskie to nasze wspólne dobro, tyle od niego dostaniemy, ile najpierw wspólnie włożymy.
Oszuści podatkowi okradają nie mitycznego fiskusa - zabierają nam wszystkim, którzy uczciwie płacimy daniny nakładane na nas przez wybranych przez nas przedstawicieli.
Tymczasem minister finansów, nie występując o informacje do Berlina, w imieniu tegoż państwa wysyła obywatelom taki oto komunikat - nie płaćcie podatków, przelewajcie pieniądze na konta w Szwajcarii i Liechtensteinie, mnie to nic nie obchodzi.