Biznes Ludzie Pieniądze

Europa w błędnym kole

Tomasz Bielecki
30.06.2011 , aktualizacja: 29.06.2011 22:20
A A A Drukuj
Europejczycy pomagający Grecji stają się złymi demokratami. Ale nie pomagając, staliby się złymi Europejczykami. Wyjściem z tej pułapki jest pogłębienie integracji w Unii albo częściowy rozpad strefy euro

fot. Shutterstock Europejczycy wierzyli, że będą żyć coraz lepiej - pucybut wiedział, że jeśli nie on, to jego dzieci na pewno osiągną dobrobyt. Ale ten europejski sen się już skończył. Na zdjęciu - scenka z portugalskiego Porto, 2009 r.
Fot. Anna Burdzanowska / Agencja Gazeta
Europejczycy wierzyli, że będą żyć coraz lepiej - pucybut wiedział, że jeśli nie on, to jego dzieci na pewno osiągną dobrobyt. Ale ten europejski sen się już skończył. Na zdjęciu - scenka z portugalskiego Porto, 2009 r.
SERWISY
Spora część młodego pokolenia Europejczyków z Zachodu będzie żyć gorzej niż ich rodzice. Odwrócenie zasady, że jeśli tylko nie ma wojen, to "dzieciom będzie lepiej" - która tak niedawno wydawała się na Zachodzie niemal prawdą uniwersalną - może zburzyć polityczny spokój na naszym kontynencie. Już teraz rośnie zarówno zniecierpliwienie i znużenie Północy zmuszonej pomagać unijnej "biedocie", jak i gorycz Południa - zmęczonego drakońskimi reformami narzuconymi przez "bogaczy".

Kryzys, który powalił już Grecję, Irlandię i Portugalię, a teraz rzuca cień na Hiszpanów, Włochów i Belgów, to tylko w niewielkim stopniu skutek fałszowania statystyk przez poprzedni rząd w Atenach czy też lekceważenia zaleceń Brukseli przez Portugalczyków. To bowiem unia walutowa oparta na - dziś to wiemy - fałszywej wierze w wieczny wzrost gospodarczy okazała się mocno wadliwą konstrukcją podczepioną pod ideały wspólnej Europy. I dziś zamiast wzmacniać jedność Unii, może - jeśli nie zostanie zreformowana - rozsadzić ją od środka.

Wspólna waluta sprawiła, że inwestorzy pożyczali Grekom czy Portugalczykom w ostatniej dekadzie niemal tak łatwo jak Niemcom, a z drugiej strony Ateny i Lizbona wierzyły, że spłacą długi, bo są częścią Unii, którą wszak ciągną Berlin i Paryż, a zatem nigdy nie zagrozi im recesja.

Kryzysowy pożar, który przeskoczył do Europy z USA, obnażył naiwność takiego myślenia. Na razie Europa próbuje leczyć chorobę receptą "krew, pot i łzy", która ożywiała wręcz romantyczny entuzjazm reformatorów w krajach byłego bloku radzieckiego po 1989 r. (obiecywała "dzieci będą żyć lepiej niż rodzice"), ale dzisiaj na ateńskim placu Syntagma widać, jaką wrogość wzbudza teraz wśród Europejczyków.

W efekcie rządy Niemiec czy Holandii łożą na pomoc wbrew własnym wyborcom, a jednocześnie władze Grecji przeprowadzają cięcia - warunek tej pomocy - także wbrew swemu elektoratowi. Większość społeczna pozostaje - wbrew demokracji - na marginesie procesu podejmowania decyzji. Nierzadko rozgrywającymi są nadal politycy odpowiedzialni za tarapaty, w które wpadły ich kraje, oraz banki, fundusze inwestycyjne, agencje ratingowe, które szerzą dogmat, że zawsze mają rację, choć ani nie zapobiegły najpotężniejszemu kryzysowi finansowemu Zachodu od kilku dekad, ani go nie przewidziały.

"Europejczycy nie mają na kogo głosować" - przekonywali niedawno krytycy unijnych pakietów pomocowych, gdy trzy główne partie Portugalii musiały na miesiąc przed wyborami podpisać się pod planem UE i Międzynarodowego Funduszu Walutowego w sprawie cięć - czyli de facto w sprawie przyszłego programu rządu w Lizbonie. W Unii Europejskiej nie ma wspólnej opinii publicznej debatującej o europejskim programie ożywienia gospodarczego. Przywództwo polityczne jest zdominowane przez kanclerz Angelę Merkel skonfliktowaną z prezydentem Nicolasem Sarkozym, a decyzjami rządzących kierują "rynki", które premiują cięcia, lecz jednocześnie karzą za - potęgowaną przez tę cięcia - recesję.

Jak wyjść z tego błędnego koła? Belgijski ekonomista Robert Triffin mawiał, że gospodarka jest zbyt poważną dziedziną, by pozostawić ją ekonomistom. Tu potrzebna jest polityka i projekt, który na nowo urzeknie Europejczyków.

Kiedy szef Europejskiego Banku Centralnego Jean-Claude Trichet wzywał niedawno, by stworzyć ministerstwo finansów strefy euro, które mogłoby nawet blokować fatalne decyzje rządów unii walutowej, odpowiedział mu prześmiewczy sprzeciw.

Ale szansę na odrodzenie strefy euro bez łamania woli Europejczyków może dać właśnie głębsza koordynacja polityki gospodarczej. I trzeba się zgodzić - w wyjątkowych przypadkach - na złamanie tabu, że "Unia nie jest wspólnotą przelewów". To motto przywódców Niemiec wyjaśnia, dlaczego Grecja dostaje nie żadną "pomoc", lecz niewysoko oprocentowane pożyczki. Tyle że one wciąż powiększają brzemię greckich długów. Grecji trzeba po prostu dać "prezent".

Taka reforma zmniejszy ryzyko, że ksenofobiczne, antyeuropejskie, populistyczne partie na Północy i Południu wywrócą europejski projekt. Nazwijmy tę reformę "New Deal" albo "Pakt dla przyszłości". I przekonujmy do niej Europejczyków.

Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    19 głosów