Niemieckie firmy już teraz cierpią na brak 36 tys. inżynierów i 20 tys. informatyków. Rośnie zapotrzebowanie na pracowników przemysłu i opiekunów dla osób starszych. Według Niemieckiej Izby Przemysłu i Handlu na znalezienie pracowników narzeka 70 proc. przedsiębiorstw.
- Nasza gospodarka się rozpędza, ale stabilności wzrostu mocno zagraża odczuwalny w wielu firmach brak siły roboczej, a zwłaszcza wykwalifikowanych pracowników - powiedział Reiner Brueder, niemiecki minister gospodarki.
Nic więc dziwnego, że wiele firm zza Odry z niecierpliwością czeka na otwarcie niemieckiego rynku pracy, które ma nastąpić w maju przyszłego roku. Niemcy i Austria najdłużej z całej UE zwlekały z otwarciem swojego rynku dla pracowników z nowej Unii.
Teraz eksperci szacują, że do Niemiec może wyjechać 400 tys. Polaków. Niemieckie związki zawodowe, które boją się, że tańsi pracownicy ze wschodu zajmą ich miejsca pracy wymusili wprowadzenie pensji minimalnych w wielu popularnych zawodach: opiekunki będą dostawać co najmniej 8 euro za godzinę, a budowlańcy 9 euro.
Podobna sytuacja dotyczy pracowników tymczasowych. Rząd koalicyjny pracuje obecnie nad ustaleniem minimalnej stawki również dla tej grupy.
"Sueddeutsche Zeitung" przypomina o znaczącej różnicy między wynagrodzeniem w Niemczech a we wschodniej Europie. Związkowcy obawiają się, że firmy będą preferować Polaków i Czechów pracujących za 4 euro, a nie Niemców, którym układy zbiorowe gwarantują wyższą stawkę o ponad 2 euro. John Vogel, ekspert rynku pracy z FDP zwraca jednak uwagę, że nie ma żadnych przesłanek, by twierdzić, że wraz z początkiem maja Polacy tłumnie ruszą na Zachód.