Lotnisko im. Davida Ben Guriona w Tel Awiwie. Naburmuszona pani w mundurze kartkuje mój paszport: - Pierwszy raz w Izraelu?
- Tak.
- Cel wizyty?
- Zaprosił mnie Szlomo Yanai, prezes... - zaczynam.
- Wiem, kim jest Yanai - przerywa.
58-letni bohater wojenny, emerytowany generał i prezes największej firmy w Izraelu, jest w swoim kraju legendą. Media śledzą każdy jego krok. Magazyn "Fortune" porównał fascynację Yanaiem do tej, jaką w Ameryce budzi Steve Jobs, prezes Apple'a, który jedną nogą stoi w świecie biznesu, drugą - w świecie popkultury.
Zarządzana przez gen. Yanaia firma Teva nie ma z popkulturą nic wspólnego. To czołowy producent leków generycznych, czyli odpowiedników leków opracowanych przez znane koncerny farmaceutyczne. Teva wyszukuje luki w patentach konkurentów i ku ich oburzeniu wypuszcza tańsze zamienniki. Rocznie fabryki Tevy wypluwają na rynek 60 mld pigułek, a niektóre z nich, np. aviomarin, hepatil czy Vibovit, są znane Polakom.
Gdy gen. Yanai został prezesem Tevy wiosną 2007 r., jej przychody wynosiły 8,4 mld dol. rocznie. W ub.r. urosły do blisko 14 mld! Za trzy lata Teva - bez fuzji i przejęć - chce mieć 20 mld dol. przychodu i 4 mld zysku.
Jej siedziba na przedmieściach Tel Awiwu jest jednak niepozorna, przypomina posterunek straży miejskiej w Warszawie - niski, beżowy budynek. Drobna różnica: polskich posterunków nie otaczają palmy i fikusy, a w ogródkach nie spacerują pawie.
Idąc na spotkanie z gen. Yanaiem, zastanawiam się, czy w trakcie rozmowy zakasze rękawy. Czytałem, że jego ręce są pokryte bliznami - śladami po ranach, który odniósł w 1973 r. w czasie wojny izraelsko-arabskiej Jom Kippur.
Ale generał bliznami nie epatuje, nawet nie zdejmuje marynarki. Siedzi prawie nieruchomo. Mówi cicho. - Moim skromnym zdaniem - powtarza często.
Vadim Makarenko: To miejsce nie przypomina gabinetu byłego wojskowego...
Szlomo Yanai: Jestem dumny ze swego pierwszego życia, ale tylko dwie rzeczy w tym pokoju wiążą się z wojskiem. Pierwsza - tu, na szafce - to model czołgu. Dostałem go od jego projektanta, generała Israela Tala. Na drugą rzecz pewnie nie zwrócił pan uwagi, bo jest opisana po hebrajsku - to dyplom Sił Obronnych Izraela. W naszym wojsku nie ma medali, dostaje się takie dyplomy. Długo wahałem się, czy go tu zawiesić, ale w zeszłym roku przekonały mnie dzieci.
A gdzie wisi pana dyplom z Uniwersytetu Harvarda?
- Eee, chyba gdzieś tam... [wskazuje na szafkę w rogu pokoju. Po chwili wraca do ściany z ramkami]. Wie pan, jak się nazywa taką ścianę w gabinetach prezesów?
Nie wiem.
- Ścianą samouwielbienia. Zawsze się z tego śmiałem, ale...
Ale sam pan coś zawiesił. A ta druga ramka, z lewej?
- To wyróżnienie Uniwersytetu w Tel Awiwie za osiągnięcia w biznesie. Pierwszy wyraz uznania w moim drugim życiu. Zawiesiłem go bez oporów.