Biznes Ludzie Pieniądze

Wiceprezes grupy Aviva w Polsce: W torebce mam szminkę iWD40

Vadim Makarenko
30.03.2010 , aktualizacja: 28.03.2010 23:10
A A A Drukuj
Muszę się dużo bardziej starać niż mężczyźni i udowadniać, że nie jestem blondynką - mówi Dominika Kraśko-Białek, wiceprezes grupy Aviva w Polsce.
Dominika Kraśko-Białek, wiceprezes grupy Aviva w Polsce
Fot. Aviva
Dominika Kraśko-Białek, wiceprezes grupy Aviva w Polsce
Vadim Makarenko: Pani każe o sobie mówić "wiceprezes" czy "wiceprezeska"?

Dominika Kraśko-Białek: Awszystko mi jedno. Raczej "wiceprezes". A tak w ogóle, to jestem Dominika.

Tak zwracają się do pani w firmie?

- Jesteśmy teraz na ty, sporo się tu zmieniło. Nie ma już takiego wymogu, żeby codziennie wszyscy chodzili w garniturach.

W instytucji finansowej?

- To jest też zespół ludzi, którzy się tutaj dobrze czują. Tu jest normalnie, a hierarchia, podejście czysto służbowe są czymś wstrętnym, czego bardzo nie lubię w świecie korporacji.

Czytała pani "Sztukę wojny" Sun Tzu?

- Nie, nie musiałam. Uważam się za szczęściarę, bo mam bardzo mądrych rodziców i zawsze miałam dobrych szefów, od których mogłam się ciągle uczyć. Nie wyznaczali mi pracy odtąd dotąd, chcieli pobudzić moją kreatywność. To miało duży wpływ na to, jak zarządzam dziś moimi ludźmi. Ważny jest też wiek. Znajomy powiedział kiedyś, że dużymi zespołami nie powinno się zarządzać przed 30.-35. rokiem życia, bo popełniamy błędy, których w starszym wieku unikamy. Miał rację.

Jakie?

- Błędy emocji, kiedy źle oceniamy sytuację i nie dajemy ludziom szansy, nie poświęcamy im wystarczająco dużo czasu. Postępujemy zbyt pochopnie, nie zawsze jesteśmy w stanie oszacować długofalowe konsekwencje naszych działań.

Jakich błędów można uniknąć po 35. roku życia w zarządzaniu?

- Z wiekiem nabieramy dystansu, bo każde doświadczenie życiowe czegoś nas uczy. Stajemy się lepszymi ludźmi, a co za tym idzie - lepszymi menedżerami. Potrafimy docenić równowagę między życiem zawodowym a prywatnym. Każdy powinien dążyć do takiej harmonii, znacznie lepiej widocznej w korporacjach na zachodzie Europy. Moi ludzie wychodzą z pracy o 17, a jeżeli nie wychodzą, to ich delikatnie wyrzucam do domu. Sama też nie siedzę w firmie po godzinach.

Nie?

- Oczywiście zdarzają się rzeczy, które trzeba szybko zrobić, i siedzimy do rana. Ale to są pojedyncze sytuacje. Siedzenie po to, żeby robić, robić i robić, wcale nie zwiększa wydajności.

Czyli rynek ubezpieczeniowy nie kojarzy się pani z polem bitwy?

- Można iść za rynkiem, a można go kreować. To drugie podejście jest na pewno bardziej ryzykowne, ale jest mi bliższe. W tym sensie każdy dzień jest jakąś tam bitwą - ze sobą samą, z procedurami, procesami, ludźmi, konkurencją. Ale nie przesadzałabym ze stylistyką militarną. Ubezpieczenia są taką branżą intymną, obiecujemy ludziom, że jak się coś wydarzy, będziemy z nimi, i oni naprawdę oczekują, że ktoś im pomoże, wypłaci pieniądze i doradzi. Nie chodzi o sprzedaż polisy, chodzi o spełnienie obietnicy.

Ażeby wygrać, to konkurenta należy zniszczyć, osłabić, podporządkować siebie, czy zrobić z niego koalicjanta?

- Zależy kiedy. W Polskiej Izbie Ubezpieczeń spotykamy się i rozmawiamy o wspólnych bolączkach - wtedy możemy być koalicjantami. Ale potem walczymy o klienta i nie ma przebacz.

Czyli zniszczyć?

- Raczej wygrać klienta, to jest podstawa. Oczywiście, czasem dajemy sobie prztyczki.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    60 głosów