Artur Włodarski: Kiedy woda opada, wydaje się, że najgorsze już za nami. Krzysztof Matkowski, rzeczoznawca Polskiego Stowarzyszenie Mykologów Budownictwa: - To, co teraz robią powodzianie ze swoimi domami, przełoży się na kondycję domów i samych domowników. O rozmiarach szkód decyduje czynnik czasu. I to na każdym etapie. W ciągu doby cegła nie jest w stanie nasączyć się całkowicie wodą. Ale po tygodniu - tak. W metrze sześciennym muru może być nawet 200 litrów wody. Czyli 20 proc. masy. A żeby ściana nadawała się np. do malowania, jej wilgotność nie może przekraczać 3-4 proc.
A kiedy mleko się już rozlało - trzeba jak najszybciej ograniczyć rozwój mikroorganizmów. Szczególnie niebezpieczne są grzyby wytwarzające szkodliwe mykotoksyny. Problem w tym, że niektóre gatunki grzybów rozwijają się w błyskawicznym tempie. Przykry zapach wyczuwalny już po pięciu-sześciu dniach po opadnięciu wody, to właśnie zasługa mikroorganizmów. Jeśli mają dobre warunki do wzrostu, w ciągu dwóch-trzech dni grzyby wytwarzają zarodniki w iście lawinowym tempie - niebawem w powietrzu są ich miliardy. Jeśli nawet osuszymy budynek, ale go nie zdezynfekujemy, to będą żyły sześć-osiem miesięcy. I tak długo będziemy je wdychać.
Skutki zdrowotne? - Od alergii i przeziębień po grzybice układowe, uszkodzenia wątroby, nerek, a nawet
nowotwory.
Chyba nie wszyscy o tym wiedzą. - Czasem wzywano nas na oględziny dopiero 12-15 miesięcy po poprzedniej powodzi. Jestem oswojony z grzybami, ale widziałem miejsca, w których niebezpieczeństwo było wręcz namacalne. Stężenie toksyn i metabolitów ewidentnie zagrażające zdrowiu. W takich pomieszczeniach powinno się chodzić w maskach i odzieży ochronnej. A tam na co dzień mieszkali ludzie. Chorowali i nie wiedzieli dlaczego. Przywykli do zapachu stęchlizny. A wystarczyło się rozejrzeć: grube kożuchy grzybni i czarne ściany za szafami.
Najczęstsze błędy powodzian? - Przede wszystkim błąd zaniechania: każdy dzień zwłoki utrwala skutki powodzi, potęguje kłopoty i koszty. Niektórzy boją się powrotu do domu, wolą mieszkać tam, gdzie sucho i ciepło. Ponieważ mokry dom jest zimny, w chłodniejsze dni ludzie zamykają okna. Nie wietrzą, choć powinni.
Niepotrzebnie zwlekają z remontem, lub przeciwnie - pewne rzeczy robią za szybko. Np. osuszają piwnicę, przy zbyt wysokim poziomie wód gruntowych, która wciąż napływa do środka. Jeśli uporczywie będą ją wypompowywać, mogą wymyć grunt pod fundamentami, co grozi katastrofą budowlaną.
Niektórzy powodzianie już skuli mokre tynki w swoich domach. Za wcześnie. Powinni poczekać, aż woda odparowując, pozostawi na powierzchni ściany sól. A tej, jak to w brudnej wodzie zalewowej, jest dużo. Najlepiej usunąć ją wraz z tynkiem. Jeśli skujemy tynk za wcześnie, w mokrym murze pozostanie dużo soli, która sprawi, że nowy tynk zacznie się złuszczać.
W niektórych miastach ucierpiały też bloki. - Ich zagracone piwnice, ciemne i bez okien, to wymarzony przyczółek do ekspansji grzybów na wyższe kondygnacje kanałami wentylacyjnymi i konstrukcyjnymi. Jeśli te kazamaty nie zostaną oczyszczone i osuszone, wilgoć będzie podsiąkała do położonych nad nimi lokali jeszcze długo po powodzi. Oczywiście w najgorszej sytuacji są ci, którzy mieszkają na parterze. Także ze względu na obfitość zarodników wydostających się z piwnicy.
Wiele domów, w których popękały ściany nośne, trzeba będzie zburzyć. Co można poradzić tym, którzy mimo wszystko zdecydują się pobudować na terenach zalewowych? - Dom murowany, niepodpiwniczony, z gazobetonu i z plastikowymi oknami. A jeśli środki pozwolą, to z poddaszem użytkowym, na który w razie czego będzie można przenieść co cenniejsze rzeczy. Najgorsza opcja to tzw. kanadyjczyk, składający się głównie z płyt karton-gips, wełny mineralnej i drewnianego szkieletu. Płyty i wełnę na pewno trzeba będzie wyrzucić. Zostanie tylko szkielet z dachem. Ale jeśli drewno nie było dobrze zaimpregnowane i belki szkieletowe zaczną się skręcać, niewykluczone, że całość trzeba będzie rozebrać aż do fundamentów.
Tym razem wielka fala przetoczyła się w maju, a nie w statystycznie najbardziej deszczowym lipcu, jak podczas powodzi tysiąclecia 13 lat temu. - Szczęście w nieszczęściu, że przed nami całe lato. Bo gdyby Polskę zalało później, wiele domów mogłoby nie wyschnąć przed zimą. Ludzie by je ogrzewali, ale już nie wietrzyli, bo wtedy zjadłyby ich rachunki za energię.
Jak porównuje pan te dwie powodzie, to - to widzę, że służby są dziś o wiele sprawniejsze. Jest dużo lepsza koordynacja działań oraz przepływ informacji. A to pozwoli ograniczyć negatywne skutki. W skali całego kraju i poszczególnych rodzin.