Biznes Ludzie Pieniądze

Kryzys panicznie wystraszył nawet doświadczonych inwestorów

Beata Tomaszkiewicz
06.09.2009 , aktualizacja: 06.09.2009 12:55
A A A Drukuj
Zarządzający w bankowości prywatnej mówią kupuj, gdy wszyscy uciekają i sprzedaj, gdy stoi kolejka chętnych gotowych zapłacić każdą cenę - mówi Daniel Ścigała, dyrektor departamentu private bankingu i prezes BRE Wealth Management
Kryzys panicznie wystraszył nawet doświadczonych inwestorów
Kryzys panicznie wystraszył nawet doświadczonych inwestorów
Beata Tomaszkiewicz: Podobno jest Pan zwolennikiem teorii, że największe fortuny swój początek mają często w kryzysie.

Daniel Ścigała: To się sprawdza i tym razem, kto w kryzys wszedł z gotówką ten ma władzę. Była okazja zarobienia na obligacjach, akcje zostały mocno przecenione, nieruchomości tanieją, firmy można przejąć często za bezcen. To eldorado dla inwestorów z kapitałem. Przez cały okres kryzysu przybywa nam nowych klientów. Kupują akcje, są zainteresowani rynkiem nieruchomości. Nabywają apartamenty, które mogą mocno zyskiwać na wartości, np. w ciekawych lokalizacjach dużych miast, albo w miejscowościach turystycznych, często z myślą o czerpaniu korzyści z wynajmu. Chętnie kredytujemy takie inwestycje, bo zwykle wynajem spokojnie pokrywa miesięczne raty. Zaczyna się też przejmowanie firm przez nowych inwestorów. Myślę, że będzie ich więcej, jeśli kryzys się przedłuży. Ale jestem pewien, że wkrótce pojawią się nowi milionerzy, wypłyną nowe fortuny.

Na razie częściej słyszymy o problemach obecnych milionerów. Jak poza wymiernymi stratami ten kryzys wpłynął na inwestorów?

- Przede wszystkim panicznie ich wystraszył, i to w równym stopniu dużych akcjonariuszy, klientów podejmujących decyzje we współpracy z doradcami, jak i tych indywidualnych. Magii pięcioletniej hossy ulegli nawet inwestorzy, którzy od wielu lat lokują oszczędności na rynku kapitałowym i przeżyli niejedno załamanie indeksów. Jeszcze w połowie ubiegłego roku wielu z nich nie chciało dostrzec oczywistych symptomów nadchodzącej katastrofy. Panowało jakieś magiczne przekonanie, że wzrost gospodarzy i hossa będą trwały zawsze, a to co się dzieje na rynku amerykańskim, czy Europy Zachodniej, za sprawą jakichś czarów ominie Polskę. Naszych klientów już na kilka miesięcy wcześniej ostrzegaliśmy o zbliżającym się końcu hossy, ale nie wszyscy w to uwierzyli.

Teraz zapewne liżą rany i boją się znów zaangażować?

- To zależy od klienta, czy podejmował samodzielnie decyzje inwestycyjne czy też zdecydował się nam powierzyć decyzje alokacyjne w ramach portfeli zarządzanych przez BRE Wealth Management. Nasi klienci private bankingu mogą kupować jednostki uczestnictwa nie tylko funduszy z naszej grupy, ale i wielu innych - w sumie jest ich kilkaset. Doradcy pomagają wtedy jedynie w wyborze strategii inwestycyjnych i dopasowaniu do niej poszczególnych funduszy. Informują także o ryzyku. Ale ostateczną decyzję klienci podejmują samodzielnie. W efekcie część z nich nie sprzedała w porę akcji i funduszy, tracąc na tym. Co więcej, obawa przed kolejnymi stratami do tego stopnia ich paraliżowała, że nie robili już nic, co mogłoby im pomóc odrobić część utraconych korzyści. Np. w październiku 2008 r. gdy kryzys przybierał na sile, mieliśmy najlepszy moment na zakup polskich obligacji. Inwestorzy zagraniczni wycofywali się z naszego rynku. Papiery skarbowe sprzedawano po bardzo atrakcyjnej cenie. Kolejna okazja pojawiła się w lutym tego roku. Wówczas dno osiągnęły akcje spółek notowanych na Giełdzie Papierów Wartościowych. Niektóre wyceny były irracjonalnie niskie. I w jednym i w drugim przypadku mówiliśmy o okazjach inwestycyjnych. Ale niewielu klientów private bankingu z tego skorzystało.

A jak wyszli na kryzysie klienci korzystający z usługi wealth management, którzy po prostu powierzają pieniądze w zarządzanie fachowcom?

- Naszym zadaniem jest nie poddać się fali, a prawidłowo diagnozować teraźniejszość i reagować adekwatnie do tej diagnozy: w hossie mieć dużo akcji, w bessie mało. Dlatego jeszcze pod koniec 2007 r. zmniejszyliśmy zaangażowanie w akcje. Nawet w portfelach agresywnych, gdzie mięliśmy prawo utrzymywania do 100 proc. aktywów na rynku kapitałowym zeszliśmy w wielu przypadkach do 10 proc. W efekcie w szczycie bessy nasi klienci, stracili od kilku do kilkunastu procent, ale nie 70 proc. jak wielu inwestorów indywidualnych. To są straty do odrobienia w kilka miesięcy. Trzeba nadmienić, że znaczna część klientów naszego private bankingu podejmujących decyzje samodzielnie także posłuchała naszych opinii i w porę wyszła z najbardziej ryzykownych inwestycji.

Jak w przypadku wealth management zmienił się portfel inwestycyjny w ciągu tych miesięcy?

- Najłatwiej prześledzić portfel agresywny. Jeszcze do połowy w 2007 r. blisko 100 proc. aktywów w takim portfelu, lub więcej (np. przy zakupie nowych emisji akcji wspomaganym kredytem) ulokowane było w akcjach. Pod koniec 2007 r. zeszliśmy z akcjami do ok. 10 proc., resztę kapitału lokując w papierach dłużnych. W 2008 r. lutym tego roku zwiększyliśmy do kilkunastu procent zaangażowanie w papiery spółek notowanych na giełdzie - przyznam, że trochę za wcześnie. Teraz stanowią one ok. 40 proc. portfela, a resztę obligacje, czasami uzupełnione śladowymi ilościami lokat.

Jak w takim razie wygląda portfel bezpieczny?

- Najbezpieczniejszy składa się z tzw. krótkich pozycji papierów skarbowych o terminie wykupu do 2 lat, ale zysk na nim porównywalny jest z zyskiem z rynku pieniężnego. Nie jest wysoki, ale pozwala uchronić aktywa przed utratą wartości.

Sądzi Pan, że po tym, co przeżyli inwestorzy podczas kryzysu, możliwy jest powrót do 100-proc. zaangażowania na rynku kapitałowym?

- Oczywiście. Po pierwsze, pojawią się nowi gracze bez złych doświadczeń. Po drugie, starzy z czasem zapomną otrzymaną lekcję i ponownie dadzą się ponieść emocjom. Potrwa to kilka lat, ale wróci czas, gdy znów inwestorzy zaczną napychać portfele akcjami

  i znów zaczną prosić o papiery małych i średnich firm oraz jednostki funduszy inwestujących w tym segmencie.

- I to będzie jeden z sygnałów by natychmiast sprzedawać akcje.

Jak wygląda profil typowego klienta private bankingu czy wealth management??

- To dwa różne profile. Pierwszy jest menedżerem w firmie. Zarabia duże pieniądze z pracy najemnej. Ma pieniądze w gotówce oraz aktywa płynne. Koncentruje się na inwestycjach w lokaty, papiery dłużne, akcje, fundusze inwestycyjne, czasem nieruchomości. I oczekuje wsparcia w tym zakresie. Nie potrzebuje optymalizacji podatkowej, porad dotyczących zmniejszenia obciążeń fiskalnych, czy ich odłożenia w czasie. Drugą grupę stanowią przedsiębiorcy. Mają mało majątku płynnego, gotówki. Większość pieniędzy inwestują w firmę. Potrzebują optymalizacji podatkowej i strategicznego spojrzenia. Często bowiem mają aktywa ulokowane w jeden rodzaj działalności, a to duże zagrożenie w przypadku kryzysu danej branży. Proponujemy im rozszerzenie profilu inwestycji, pomoc prawną, zabezpieczenie na wypadek problemów w postaci łatwo zbywalnych aktywów płynnych.

Mamy w Polsce pewne pomieszanie pojęć: aby zostać klientem private bankingu nie trzeba mieć ani dużych oszczędności, ani wysokich dochodów. Z kolei to, co w Europie Zachodniej mieści się w ofercie private bankingu, u nas wchodzi już w zakres wealth management.

- To podział wynikający z zasobności klientów. W Polsce klientami private bankingu zostają osoby mogące powierzyć w zarządzanie 500 tys. zł, a są banki, które akceptują niższe kwoty. Prawda jest taka, że przy tej wysokości aktywów nie jesteśmy w stanie zaproponować oferty inwestycyjnej dostosowanej do indywidualnych potrzeb klienta. Możemy jedynie zaoferować lokowanie kapitału w kraju - w lokatach, obligacjach, akcjach, funduszach. Udostępniamy klientowi otwartą platformę i co najwyżej podpowiadamy jak najlepszy wybór.

Natomiast to, co w Europie nazywa się private bankingiem - z progiem wejścia zaczynającym się od 1 mln euro - u nas określa się mianem wealth management. To usługi bardziej spersonalizowane, dające więcej możliwości inwestycyjnych.?Myślę, że w miarę bogacenia się społeczeństwa, to co obecnie nazywamy private bankingiem zostanie sklasyfikowane jako lepiej niż teraz rozwinięty personal banking. Z kolei private banking będzie kierowany faktycznie do grona najzamożniejszych osób. Wzrośnie także jakość obsługi, poszerzona zostanie oferta np. o wiele ciekawych możliwości inwestycyjnych za granicą. Dziś, gdy polski bank ma klienta dysponującego kapitałem wysokości kilku milionów euro, to bardzo dba o taką osobę, natomiast w krajach rozwiniętych jest to zaledwie klient przekraczający próg skorzystania z usług bankowości prywatnej.

Podziel się

  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    1 głos